Z czego żyć na Filipinach (część 2)

Elo, elo, trzy dwa, zero! Ciąg dalszy lepienia biznesów na Filipinach. Leciem z koksem dalej, tam gdzie skończylim. Chociaż nie… Zanim wysypie następne biznes-plany, to małe sprostowanie. Po ostatnim wpisie dostałem parę emili. Piszecie mi tam smutki typu „Łeee… Wkurwiony. Takie biznesy, to ty se wsadź w dupe. Od chuja nakładu finansowego, a jakaś śmieszna jałmużna dochodów”. Ok. Zgodzę się. Ponad dwa miliony pesos (albo więcej), żeby od czasu do czasu wyrwać 10.000, to średni układ dla rasowych biznesmanów. Tylko podkreślam jeszcze raz. Na Filipinach rynek jest bardzo niepewny, a Filipińczycy generalnie zaliczają się do bardzo chujowej klienteli. A już zwłaszcza na wypizdowie. Przyczyn chyba nie trzeba tłumaczyć. Nie śmierdzą groszem kurwa. Więc skoro tak, czy śmak budujecie/kupujecie dom i samochód, bo gdzieś mieszkać i czymś poruszać się musicie, to równie dobrze ustawcie się tak, żeby można było na tym zarobić. W tym wypadku, to kurwa „no brainer”, jak to angole mówio. Jeżeli natomiast klepanie biedy na zadupiu was nie interesuje i koniecznie chcecie kręcić grube patole, to muszę was rozczarować. W pojedynkę nie macie żadnych szans. Najmniejszych, kurwa. Choćbyście dysponowali wyjebanym kapitałem. Żeby chociaż zacząć myśleć o sukcesie, potrzebujecie naprawdę wpływowych filipińskich partnerów. Dlaczego? Posłuchajta!

 Nie trzeba być ekonomistą światowego pokroju, żeby wiedzieć, że 99% produktów w Europie pochodzi z Chin. A jakiś śmieszny ułamek produktów jest exportowany z Europy DO Chin. Te produkty czymś transportowane być muszą, bo jak inaczej kurwa? Więc jeśli ktoś posiada choć o drobinkę umiejętności myślenia przyczynowo-skutkowego, to zauważy, że te wszystkie kontenerowce, które zalewają europejskie porty chińskim śmieciem wracają PUSTE. I tu już chyba zaczynacie czuć zapach szmalu, co? Koszt transportu produktów z Polski na Filipiny byłby śmieszny, bo taki kontener można wynająć za grosze. Przewoźnik i tak musi pusty zapierdalać do domu, a tak parę groszy chociaż ma z tego. A co exportować? No a czego brakuje na Fili? Owoców europejskich. Jabłek, gruszek, winogron, wiśni – te produkty kosztują fortunę na Filipinach. Trzy, cztery razy drożej niż w Polsce. Do tego smakują, jak ścierwa, ale o tym za chwilę. Co dalej? Czego jeszcze brakuje? Nabiału! Mleko, jogurty z prawdziwego zdarzenia, a nie te ich mączne ohydztwa. Sery. Takie rarytaski można dostać tylko w specjalistycznych sklepach w Manili za ogromne pieniądze. Przeciętnego Filipińczyka na to nie stać, więc wpierdala te swoje mleko z gipsu i sery z gumy. No to jedziemy z biznesem kurwa! Plan jest, konkurencji praktycznie nie ma, to na co czekać?! No kurwa jest mały problem. Chińczycy dają tak ogromne łapówy skorumpowanym politykom na Fili, że praktycznie zmonopolizowali sobie te produkty na wyłączność. Nie dostaniecie pozwolenia. A chińskie jabłka w smaku są gorsze, niż polskie psiary, które rosną na dziko gdzieś przy wysypisku śmieci. Także niestety trza mierzyć siły na zamiary moi drodzy cebulianie. Taki burak, jak ja woli zainwestować trochę grubszego grosza w coś, co nie zbankrutuje, a dochody przyniesie czasem, a czasem nie. Realia bieda-biznesowania na Filipinach fajnie oddaje pewna piosenka, którą śpiewaliśmy za młodu z Ziomkami przy flaszce nad ogniskiem:

„Płynie gówno potokiem,

Raz środkiem, raz bokiem,
Czasem mgła otula je.
Płynie nurtem głębokim,
Płynie gówno potokiem,

Chwiejąc i bujając się.
Płynie gówno potokiem,

Tańczy tango pośród fal,
Czasem łypnie rdzawym okiem,
I znów odpłynie w dal.”

3. Franszajs.

No ale dość. Podejmuje temat i kolejny punkt programu, to gastronomia. Nie ma na Fili większego pewniaka, niż żarcie. Ale nie byle jakie. Szczególnie nie polecam jakiejś carinedrii, albo innego street fooda. Koszty rozpoczęcia takiego interesu są bardzo małe, ale na sto procent do „drzwi” zapuka wam NPA. Jak nie wiecie co to NPA, to odsyłam do mojego bodajże pierwszego, wkurwionego wpisu. Poza tym są jeszcze problemy „konkurencji”. Jak to bywa na ulicy, panują tam prawa ulicy i wasze somsiady mogą z wami zagrać w nieczytą grę, żeby was wyeliminować. Za dużo pierdolenia się i pilnowania tego. Polecam za to wykupić jakiegoś smacznego, ciekawego, relatywnie nowego, ale też popularnego franszajsa. „Franchise” znaczy, wyguglujcie se, jak nie wiecie. I koniecznie w molu. Z tym, że koszty wynajmu lokalu w centrum handlowym są kolosalne, dlatego stawiacie tylko budę w korytarzu. Jest to plan idealny. Po pierwsze, finansowo w zasięgu ręki buraka. A po drugie, powiększacie sobie grono klientów. Filipińskie rodziny wbijają co weekend do mola na „łindoł  szoping”, żeby odpocząć od skwaru w klimatyzowanym otoczeniu. Takich jest o wiele więcej, niż faktycznie kupujących. Są to biedniejsze rodziny, które często nie mają kasy na makdonaldy, czy czołkingi. A z waszej budy na jakiegoś taniego, dobrego snaka będzie ich stać. Niestety, jak się domyślacie ta opcja też wymaga pokaźnego kapitału. Taki franszajs może kosztować nawet 500.000 php, nie wspominając o kosztach samego carta, ekwipunku i roboty papierkowej. Wierzę, że koszty mogą was przyprawić o ból jąder, ale kasiorka jest niemal gwarantowana. Mój najgorszy miesięczny dochód na czysto, wynosił 35.000 php. Już widzę, jak mi zaraz ktoś parsknie śmiechem na te żałosne 35 klocków. Moja rada jest taka. No kurwa otwórz coś na Filipinach, a sam się przekonasz. To jest inny świat. Tu się kurwa plynie, jak „gówno potokiem, raz środkiem, a raz bokiem” i chuj. Żeby nie było zbyt kolorowo, to jest niestety jeden problem na który podejrzewam się bezwzględnie nadziejecie. Pracownicy będą was okradać. Więc, jak się wam numery nie zgadzają, to polecam wyjebać na zbity ryj całą załogę i obsadzić nową, bo nie dojdziesz. Tak długo tasować, aż księgi rachunkowe się będą zgadzać. A wtedy dbać kurwa o nich, jak o złoto. Jak już znajdziecie solidnych ludzi, na których można polegać i którym można zaufać, to taki food cart se będzie żył własnym życiem. A wy tylko raz w tygodniu wpadacie i jak małżonka pójdzie na szoping, robicie remanent i zbieracie kaske. W przeciwieństwie do knajpy, którą otworzycie na zadupiu. Klientów damski chuj i ujebani na dupie, jak pies przy budzie przez całe dnie.

4. Firma windykacyjna.

Ostatnim polecanym przeze mnie biznesem będzie odkupowanie długów. To jest zajebisty temat kurwa. Tak samo, jak resort, czy taxi, nie można go traktować, jako główne źródło dochodu, z racji tej, że Filipińczykom tak się spieszy ze spłatą długów, jak mi z uploadowaniem nowych postów (choć ostatnio sram nimi, jak po mleku kokosowym). Plus jest taki, że nie da się na tym stracić. Same zyski kurwa. El Dorado! Na Filipinach jest od chuja szumowin, którzy nielegalnie udzielają kredytów na wyjebany procent. Im dłużej im się oddaje, tym większy kredyt oczywiście. W 10-ciu na 10 przypadków kończy się to stratą aktywów. I wtedy kurwa pojawia się biały rycerz na białym koniu. Spłacacie ten kredyt u wierzyciela, który na sto procent wynosi zaledwie 50% wartości aktywów. Konfiskujecie aktywa na przechowanie, dodajecie swój stały procent i czekacie w pokoju na spłatę. Często miesiącami. Wierzyciel szumowina szczęśliwy, bo dostał z powrotem forse. Reputacja u lokalnych szumowin +10 punktów. Filipinek, który pożegnał się mentalnie ze swoimi dobrami, odzyskał nadzieję. Reputacja u lokalnych Filipków +10 punktów. A wy jesteście do przodu, cokolwiek by nie było. Spłaci was – zajebiście. Nie spłaci i nazbiera wam się złomu, to sprzedajecie za 70% wartości i dalej jesteście do przodu. Jedyne czego nie polecam wykupywać, to nieruchomości. Zaledwie 1 na 10 Filipińczyków posiada Akt własności nieruchomości. Pozostałe dziewięć jest u wierzycieli w zastaw. Serio kurwa. Cała prawda i tylko prawda. Więc jak przyjdzie co do czego, to nie wyeksmitujecie na bruk dwunasto-osobowej rodziny i jesteście skazani na wieczne nieoddanie. Słowem zakończenia dodam, że to zajęcie polecam stricte hobbistycznie.

I tyle w temacie. Z autopsji potwierdzam, że to wystarczy na godne życie na Fili. Bez kokosów, oraz wpierdalania gębą i dupą. Bez stresów, bez strat w przypadku bankructwa, bez uziemiania się na zadupiu, na wyjebce, z mnóstwem wolnego czasu na walenie konia, czy co tam lubicie.

We wstępie części pierwszej pisałem, co należy robić przy bieda-biznesowaniu na Filipinach. A żeby wszystko się teraz pięknie złożyło w składną konkluzję, to na koniec napiszę, czego kategorycznie NIE WOLNO robić. I od razu punkt pierwszy primo – w żadnym wypadku nie zatrudniać, ani nie współpracować z rodziną żony. To jest kurwa grzech ciężki i za to idzie się do piekła. Z waszą filipińską rodziną, to najlepiej zjeść, popić i pośpiewać. Ale kurwa broń was Pan Bóg obarczać ich jakąkolwiek odpowiedzialnością finansową. Ich interesuje tylko, jak się tu nażreć i nachapać na krzywy ryj. Prawie 15 lat kurwa wśród Pinojów i nie znam białasa, który chwaliłby sobie interesy z rodziną. To tak, jak z logiką u lewaków. Nie ma takich rzeczy, kurwa. Po drugie primo – nie brać kredytów. A już zwłaszcza filipińskich z procentem z kosmosu. Na Filipinach możecie być dłużnikiem u każdego, nawet u samego Dotartego. Ale nie u banków. Na Fili banki się nie pierdolą i wam zabiorą aktywa w trybie NOW, jak tylko opuścicie ze dwie płatności.

Będzie tego, bo już mi się nie chce, a późno już. Jak macie pytania, to walcie ma emila. Dzięki za poczytanie. Do nastepnego. Pozdro!

4 myśli na temat “Z czego żyć na Filipinach (część 2)

Dodaj własny

Odpowiedz na Wkurwiony Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: