Idź Pan w chuj, Panie Parkingowy!

Elo! Elo! Elo! Kabza nabita, także można wypierdalać ze zgniłych wysepek brytyjskich. Po drodze zahaczyłem o Polandię, co by dać buziaka babci i wypierdolić z powrotem do sraju, bujać wora. Za każdym razem kiedy drzwi lotniska NAIA się otworzą i buchnie mi po ryju ten smog, to aż dostaję wzwodu z podniecenia. Chuj z tym, że po 5 minutach oddychnia tym powietrzem mam już plus 100 punktów bonusa do raka płuc. Ale nareszcie kurwa w domu! 30kg waliza, 10kg bagaż podręczny, plecaczek i dwie torby duty free. Wszystko wyjebane po brzegi pasalubong. Nawet kieszenie powypychane gównami, które zajebałem z samolotu. No co kurwa?! Na miano Cebulaka trza se zasłużyć, nie? Przyjechał szwagier z kumplem i dzida na wypizdowo. A wieczorem libacja… To jest tego… Kuracja. Bo mnie ostro dziabało od kilkumiesięcznego niedoboru witaminy A i C.

Ale nie o tym dzisiaj, bo zdryfowałem z tematu, jak zwykle. Jak już obsypałem rodzinkę prezentami i wyleczylem kaca, to postanowiłem wsiąść w klekota i pojeździć po okolicy w poszukiwaniu natchnienia na nowego wkurwionego wpisa. We łbie huczała jeszcze wczorajsza impreza i jakoś tak miałem ochotę na spontaniczną akcję. Chciałem przekonać się ile zajmie mi jazda po wiosce, zanim ktoś, albo coś mnie nie wkurwi. Wiedziałem, że nie bedzie to łatwe zadanie, bo dopiero wróciłem z anglokurwidołka i byłem w szampańskim nastroju. Wsiadłem więc w machinę, odpaliłem, buchając chmurą dymu i poklekotałem w dal. Czułem, że gdyby nawet zatrzymał mnie jakiś policmajster i próbował wymusić haracz, to nie tylko z miejsca dałbym mu rządaną kwotę, ale dorzuciłbym mu na flaszkę. A jakby nie był najbrzydszy, to zrobiłbym mu jeszcze laskę. Taki byłem wtedy wesolutki.

Popierdalałem sobie tak po okolicznych krajobrazach dobrą godzinę i nic mnie nie wkurwiło. Tak jak się spodziewałem – myśle se. – Te same stare widoki zasyfiałych stawików rybnych, pól ryżowych i szop z blachy falistej. Te same lokalsy człapiące  w obdartych portkach w te i nazad do Tindahan. Bandy dzieciaków ganiające z kijami za jakimś wyliniałym, parchatym kundlem. Aż mi się z radości łezka w oku zakręciła. Nie no… – myśle – Tak nie może być! Jade na miasto, tam coś mnie wkurwi na bank. – I pojechałem do stolicy mojego „hrabstwa”. Po 40 minutach toczyłem się już w cuchnącym korku. Hałas, smród spalin i prażące słońce w trupie bez klimy. Jeszcze jak jedziesz, to wiatr trochę ochładza, ale już turlając się żółwim tempem skwar jest nie do zniesienia. Pot lał mi się po rowie, a jaja gotowały się już w nim na twardo. A ja nic kurwa. Nawet nie przeszkadzało mi, że lewa ręka zrobiła mi się kilka odcieni ciemniejsza od prawej. Pomyślałem, że coś zjem, bo zgłodniałem od tej jazdy bez celu, a z pełnym brzuchem człowiek ma zawsze lepsze pomysły. Akurat po prawej restauracja Max’s. Na parkingu typek już macha mi łapami gdzie mam zaparkować. Wjeżdżam tyłem we wskazane miejsce i JEB! Zatrzymałem się na betonowym słupku… Kuya… – pomyślałem wkurwiony  – … właśnie zostałeś bohaterem kolejnego wpisu. Posłuchajta!

Filipińczyki, z racji biedy, zmuszeni są do kreowania sobie sami zajęć zarobkowych. Ale nie jest to takie freelancerstwo, jakie znane jest nam białasom. To jest takie freelancerstwo „na dziko”. I do tego tak, żeby się przypadkiem nie narobić za dużo. Takie minimum środków i umiejętności. Jeszcze pół biedy, że tych dorobkiewiczów ani nikt nie kontroluje, ani tym bardziej żadni to prywatni przedsiębiorcy, odprowadzający podatki od dochodu. Najgorsze jest to, że te ich „roboty” nie mają kurwa sensu i zazwyczaj tylko bardziej utrudniają życie innym, zamiast pomagać. Typki tylko wpierdalają się między wódkę, a zakąskę z tymi swoimi, pożal się Boże „usługami”. Często na odpierdol i natrętnie. Nawet, jak pogonisz w pizdu, to też wyciągają łapę po zapłatę, bo przecież kurwa zaoferowali się. A pierwsza zasada freelancera na Fili brzmi – usługa zaoferowana równa się usługa wykonana. Dziękuje, dobranoc. Pełno naokoło tych robociarzy szukających szczęścia. Od tragarzy, przez pomagierów, czyszczaczy, wycieraczy, zbieraczy, informatorów, chujów mujów, dzikich wężów. Ale encyklopedycznym przykładem, a za razem moim ulubionym, są kierujący ruchem kurwa. Istne kozaki. Jak jesteś tu nowy, to myślisz se, że to albo jakiś pracownik na usługach restauracji cię rozstawia po parkingu, albo jakiś wykwalifikowany strażnik miejski wskazuje ci drogę objazdu. Ale potem zaczynasz dostrzegać diabła w szczegółach. Najlepszy numer pamiętam kurwa, jak jechałem dawno temu do Laguny i po drodze nadziałem się na roboty drogowe. Przed robotami stał typ, zatrzymał mnie, coś popierdolił którędy jechać, pomachał łapami i kazał zapłacić. A ja głupek zapłaciłem kurwa 50 pesos. Dajecie wiare? Jak się pewnie domyślacie typ nie miał nic wspólnego z robotnikami zapierdalającymi przy budowie. Ot jakiś „wiesiek” z pobliskiego zadupia zatrzymywał kierowców i zbierał myto za nic. Mój osobisty miszcz. Ile razy ja się dałem zrobić w chuja tym cwaniaczkom… Gdybym tak to pozbierał teraz wszystko od nich, to bym se za to pewnie jeszcze ze dwa domy na Fili wybudował. No ale kurwa wybaczam to i sobie i im. Każdy wiek ma swoje prawa. To jeszcze były czasy kiedy miałem otwarte serce na ludzi i uśmiechem oraz miłością chciałem zwalczać głód, leczyć trąd i wprowadzać pokój na świecie. Ale na szczęście życie na Filipinach mnie naprostowało na właściwe tory.

Wracając do początku całej historii mojego wjazdu w słupek. Dzięki ziomeczkowi, który tak machał łapami przy asystowaniu mnie podczas parkowania, że o mało nie odleciał kurwa do ciepłych krajów, rozjebałem se zderzak. Pewnie za bardzo skupił się na moim białym ryju i na tym ile to miedziaków zaraz będzie liczył, że zapomniał jakie jest jego zadanie. No i chuj. Usługa zaoferowana – usługa wykonana. Najgorsze jest to, że kurwa naprawdę czuje się, jak szmaciarz nic im nie dając. Bo przecież o wiele gorszy jest taki patol z Polskiego zadupia na zapomogach, który żeruje na państwie i podatnikach, niż taki Pinoy, który przynajmniej ruszy dupsko i zrobi coś. Coś wkurwiającego, ale zawsze coś. Dlatego ciepne im te jebane pare pesos, za te ich bezproduktywne usługi ściemniarskie. Zderzak w końcu nie ucierpiał aż tak tragicznie, jak myślałem. Z pomocą kierującego ruchem naprostowałem go kawałkiem brechy, którą wożę na pace w razie konieczności samoobrony. Uiściłem pomagierowi za usługę i wróciłem z mojej podróży do domu. Głodny, z pizgniętym autem i wkurwiony. I jak prawdziwny „Janusz”, przy butelce piwa i fajurze ze szwagrami oddałem się wylewaniu żali na świat i życie. Teraz dopiero wróciłem w pełni! Do nastepnego! Pozdro!

6 myśli na temat “Idź Pan w chuj, Panie Parkingowy!

Dodaj własny

  1. Siema,też kocham ten moment kiedy wysiadam z samolotu na NAIA i dostane sztrzał w pysk mieszanką smrodu,smogu i ciepła,od razu czuje sie lepiej.pamiętam jak pierwszy raz byłem w Manili,wychodze z megamall patrze jakiś lokals lata na bosaka po drodze i zatrzymuje taksy,poszedłem obok,sam sobie złapałem taxi,wsiadam a on podbiega i wyciąga łape po hajs,pomyślałem sobie ,,za co kurwa”,usmiechnołem sie i pojechałem do chaty.dobże ze wruciłeś 👍

    Polubione przez 1 osoba

    1. Co prawda, i na zachodzie i na Filipinach nie wolno mówić prawdy. Na zachodzie, cie za to wsadzą, a na Filpinach zajebią. Ale na Filipinach da się żyć, a na zachodzie – nie. Za Polską tęsknię, z tym że nawet tam jest mi się dziś ciężko odnaleźć, bo nasiaknąłem już filipinizmem i tu czuję się najlepiej, najsowbodniej. Nikt mi sie tu nie wpierdala w życie (mam na myśli państwo i lokalsów) i ogromnie cenię sobię ten spokój, harmonię i swobodę. A że w genach mam wpisane wkurwiać się na wszystko, to już poza moją kontrolą. Pozdro!

      Polubienie

  2. Siedzę właśnie z narzeczoną sącząc kawę po śniadaniu w jakimś zadupiastym hotelu w Port Barton, wkurwiony owej kawy lurowatością (dla Filipińczyków to jeden chuj czy na pół litra kawy nasypią jedną czy cztery łyżeczki bo ilość napoju się zgadza, oszczędność na zapasach osiągnięta, więc koko dżambo i wyjebka) i tak wkurwiony myślę sobie co tam u wkurwionego. Ku mojej radości ma blogu widzę dwa nowe świeżuteńkie wpisy. Tak więc siedzę, czytam i zanoszę się śmiechem czytając ten językowy majstersztyk, tę doskonałą językową ekwilibrystykę, a narzeczona patrzy na mnie jak na debila i każe przetłumaczyć na angielski moją lekturę. Z przykrością stwierdzam że to nie możliwe, niemniej jednak serdecznie pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: