Polacy na Filipinach

Eloszki! Dzisiaj temat rodaków na Filipinach! No to teraz kurwa pojade po bandzie. Teraz to będzie dopiero ostra jazda bez trzymanki. Poczekajcie chwilę tylko założę kask, ochraniacze na jaja, kamizelkę kuloodporną i zasłonię się jakąś kratą, albo lepiej – szybą pancerną. Dobra… gotowy. Wy gotowi? Polacy na Filipinach mnie wkurwiają. Posłuchajta!

Zacznijmy od tego, dlaczego ja sam wybrałem kierunek, Filipiny. Pracując za granicą to tu, to tam, to sram, nastawiałem się mentalnie na wyjebanie pewnego dnia, z chorującego na lewactwo zachodu, do kraju trzeciego świata, gdzie jest biednie, prosto. I pomimo tego, że panuje tam zazwyczaj reżim prowadzony przez jakiegoś skurwysyna, to ludzie są ciągle jeszcze normalni. W związku z tym zbierałem informacje od imigrantów którzy mnie otaczali. Filipińczycy jakoś zainteresowali mnie swoją ponadprzeciętną gościnnością, no i nie będę ukrywał, że kobiety – urodą. Zawsze miałem słabość do Azjatek i przykro przyznać, ale prawda jest taka, że to mój kutas zawęził potencjalny region mojej emigracji do obszaru Azji południowowschodniej. Filipińczyki zawsze spraszały mnie na te swoje lokalne spędy i miałem okazje poznać ich kulturę i obyczaje. Wszystko, co mi serwowali bardzo mi się podobało. Po pierwsze, nawet ze starą babką dogadasz się po angielsku. Po drugie, gruba większość, to katolicy. Po trzecie, od strony formalnej nie trzeba się gimnastykować ze stałym pobytem. A po czwarte, jest tam w miarę bezpiecznie i nie odstrzelą mnie jak wsadzę swój biały ryj za byle zaułek. Im więcej czasu z nimi spędzałem, tym byłem bardziej skłonny, do wyjebania na Filipiny. Aż w końcu nadejszła wiekopomna chwiła i spakowałem manatki.

Oczywiście natychmiast zainteresowałem się tematem Polaków na Filipinach. Kiedy przybyłem na Fili, to Polaków na stałe mieszkających na wyspach poznałem około dwudziestu. Jakieś klechy na misji, paru biznesmanów w corpo i dziwnych typków backpakersów. Wśród nich, jednego człowieka, którego nazywałem swoim „Miszczem”. Nauczył mnie podstaw podróżowania i ogólnie życia w tym kraju, żeby mnie ktoś przypadkiem nie zajebał po kilku dniach. Dużo porad od niego wyniosłem. Stosowałem się w sumie do wszystkiego, co polecał i po ponad 10-ciu latach jeszcze żyję cały i zdrowy i nie odjebało mi na głowę (chyba). Pozdrawiam cię „Miszczu” jeśli to czytasz! I chociaż nasze drogi się rozeszły, to wdzięczny jestem z twe nauki. Z czasem jednak facechuj stawał się coraz bardziej popularny i zaczęły pojawiać się grupy Polsko-Filipińskie. Promotorem był jegomość, który zjechał do Manili na robotę w corpo i zaczął zbierać Polaków na comiesięcznych posiedzeniach. Wtedy dopiero po raz pierwszy od paru lat, miałem okazję poobcować w grupie rodaków na antypodach. Co prawda nigdy nie byłem na  żadnym z tych meetingów, ale spotkałem się z kilkoma ichnych, stałych bywalców. Zajebiste to było wtedy. Kurwa, nareszcie można było przybić sobie piontala z ziomkami. Człowiek ciągle wysilał się łamaną tagalszczyzną z miejscowymi, a tu ryj się nie zamykał. Była wóda, był kiszony, było disco polo, a ja czułem się, jak w domu. Dzisiaj już bym się przed takim zlotem kilka razy zastanowił.

Z roku na rok liczba Polaków imigrujących na Filipiny zaczęła drastycznie wzrastać. Wydaje mi się, że bodźcem do tego był nasz przyjaciel z zadupia Visayas, który bardzo komercyjnie podszedł do sprawy. Jego kompana o mało nie wjebali za kraty, bo sobie narobił wrogów wśród lokalnej ludności, ale sam kierownik się zreflektował szybko i ustatkował na miejscu. Zawsze lubiłem gościa za otwarty umysł i jego podejście do życia i świata. Ale kurwa przez komercje niestety odpowiedzialny był za założenie pierwszej Polskiej kolonii na Fili. Dlaczego piszę niestety? Bo nazjeżdżało się tam typów spod ciemnej gwiazdy. I to nie są tylko moje odczucia, ale samego kierownika. Nie wszyscy oczywiście to szemrane osobniki. Wiekszość kolonistow, to całkiem spoko ziomki. Co nie zmienia faktu, że rok 2012 był boomem rozpierdolu blogerów obieżyświatów i naciągactwa finansowego. Od tamtej pory schowałem się w cień i zająłem własnym życiem, obserwując Polsko-Filipiński świat zza monitora.

Ktoś powiedział mi kiedyś, że nie ma nic gorszego niż Polak za granicą. Kurwa, bo ja wiem? Patrząc na siebie, to wnioskuję, że może plaga cholery jest trochę gorsza. Może trąd jest gorszy. Trochę… Nie no, żartuję przecież. Polacy są spoko. Byleby nie bliżej niż 100 metrów od siebie. Dalej w chuja lece. Kocham Polaków i dumny jestem z siebie i was moi drodzy buraczani bracia i cebulane siostry. Ale, jak wiadomo każda prawda ma drugie dno. Coś w tym musi być. W tej naszej komunistycznej mentalności. Że kiedy nikt nic nie ma, to się kochamy. A jak już ktoś ma więcej, to chcemy go za to zajebać. Nic więc dziwnego, że Polaków na Filipinach coraz więcej. Nie daleko pod tym względem naszemu buractwu do buractwa Filipińskiego. Filipińczycy też charakteryzują się mentalnością kraba. Jak wjebiesz kraby do wiaderka, to nie ma u nich zachowań, jak wśród innych zwierząt. Jeden na drugiego i hop z wiadra na wolność. Kraby nie dadzą wyjść żadnemu. Albo wszyscy wyjdą, albo wszyscy zdechną w środku.

W międzyczasie zaczęło powstawać coraz więcej Polskich domów wczasowych na Filipinach i innych biznesów. Niektóre z nich tak mocne, jak zaawansowana inżynierka. Potem już straciłem rachubę kurwa i trzymałem się swoich ziomków, którzy odwiedzali mnie systematycznie. Ale jakoś kilka lat temu zaczęło robić się naprawdę niefajnie. Pewnego dnia ziomek podsunął mi artykuł, o planach budowy Polskiej wioski na Filipinach. Po zbadaniu jej założeń już wtedy wiedziałem, że to się skończy źle kurwa. Zarówno dla mieszkańców tej wioski, dla jej właścicieli i lokalnej społeczności. Dzisiaj, bazując na zdobytych informacjach, moje spekulacje się sprawdziły i wszyscy tam cierpią. Mieszkańcy czują się oszukani i wyzyskani. Właściciel walczy z falą hejtu i odbudową reputacji, a lokalna ludność się wkurwia, że „biali zabierają im robotę”. Życzę im szczerze jak najlepiej, ale czuję, że prędzej czy później wszyscy się tam pozabijają. Pomijając nawet fakt, ze od strony prawnej jest tam to wszystko patykiem na piachu pisane. Komuna nie ma prawa bytu, a historia już to wielokrotnie udowodniła.

Temat Filipin przestał być wśród Polaków tak ezoteryczny, jak przed dekadą. Jak grzybów po deszczu powyrastało grzybów, którym wydaje się, że są magisterami znafcami antropologii i lokalnej filozofii. Kiedy prawda jest jak dupa. Każdy ma swoją. Przechodziłem już przez wszystkie fazy życia na Fili. Zauroczenia i zakochania. Przebudzenia i szoku. Wojaży, ekscesów sexualnych i ustatkowania. I każda prawda była wtedy dla mnie najprawdziwsza. Żaden blog i żaden filozof nie opowie wam lepszych mądrości niż życie. Polacy na Filipinach! Zakopmy sierp i młot wojenny! Czy to ktoś turysta dwutygodniowiec, czy imigrant roczny, albo dwudziestoletni. Czy to ktoś z corpo, czy budowniczy wioski na zadupiu, albo jego hejterzy. Żyjmy i dajmy żyć innym kurwa! I tak nam dopomóż Bóg! Do następnego! Pozdro!

Reklamy

Jedna myśl na temat “Polacy na Filipinach

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: