„Ziemi ja chcę od ciebie, ale tamtej z Krużewnik” – kupno działki na Fili

Eloszki! Oto to prezentuję dzisiaj kontynuację tematu o budowlance na Fili. A raczej jego prequel. Poprzedni wpis traktował o budowie domu, chociaż na dobrą sprawę, to żadnych informacji praktycznych na ten temat nie napisałem. W ogóle kurwa, to liznąłem tylko temat, więc uznajcie tamten wpis, za rozgrzewkę. Dzisiaj już konkretniej polecę z historyją, jak to głupi białas kupił sobie ziemie na Filipinach i nic tylko się wkurwił! Posłuchajta!

Rok to był chyba 2009. Zaczęło mnie cisnąć, żeby w końcu kupić kawałek skwerka. Już się odpowiednio rozeznałem w temacie i czułem się w miarę gotowy na inwestycję na Filipinach. Dodać trzeba, że białas nie ma żadnego prawa posiadania ziemi na własność na Fili, ale większość z was pewnie już o tym wie. Filipińczycy obwarowali przepisami ten aspekt, i słusznie, bo inaczej już wszystko byłoby dawno wyprzedane obcokrajowcom. Ja się nie pierdoliłem w żadne słupy, dzierżawy, albo pół na pół, tylko wszystko na małżonkę. Nie będę się nawet ośmieszał próbując zabezpieczyć jakimikolwiek przepisami, bo jak by przyszło co do czego, to i tak chujem bym tylko dostał po mordzie. Prawo działa tu po stronie miejscowego, a białas może sobie wypierdalać. Zdecydowałem się na działkę w Subdivision. Takie osiedle na wypasie. Działki uzbrojone, ogrodzone, ze strażnikiem w bramce, placem zabaw w centrum, boiskiem do koszykówki, chujem, mujem i dzikim wężem. Oczywiście cena razy sto, w porównaniu z działką wolnostojącą. Ale kurwa chociaż tyle miałem oleju we łbie, żeby nie babrać się w prywatki, a uderzyć prosto do developera. – Przepłacę, ale przynajmniej będzie bezstresowo – pomyślałem. Taaa kurwa, „bezstresowo”… W moich snach! Zacząłem więc jeździć od jednego Subdivision do drugiego w poszukiwaniu czegoś, co mnie zainteresuje. – O! Tu jest ładnie – myślę sobie, mijając jedno z takich osiedli. – Zajeżdżam! – Ledwo wjechałem przez bramkę, a już koło mnie stał pośrednik. Na początku myślałem, że oni tu kurwa gdzieś mają obóz w krzakach, bo wyskakiwali z nikąd. Okazało się, że pośrednikiem na Fili może być każdy. Nawet Pan Zdzisio sprzed monopolowego, bez zęba na przedzie. Rola pośrednika ogranicza się do przyprowadzenia klienta do developera i jak ten kupi nieruchomość, to pośrednik dostaje swój udział. I tyle! Spodziewacie się gościa w garniaku albo pod krawatem? Nic z tych rzeczy. Typcio w kapciach i podartym, ujebanym podkoszulku. Pytam gościa ile za metr kwadratowy? – 6500 PHP – Ile kurwa?! Podziękował i do widzenia Panu. – Typcio latał jeszcze za mną, jak mucha wkoło gówna i bzyczał coś nad uchem, ale nie słuchałem go już, tylko wsiadłem w trajcykla i pojechałem w pizdu. Obskoczyłem wszystkie osiedla w prowincji, niestety z podobnym rezultatem. I kiedy już miałem się poddać, to znajoma małżonki poleciła jeszcze jedno miejsce. Dobra lokalizacja. Blisko do rodzinnej wioski mojej żony, ale na tyle daleko, żeby codziennie cała familia się nie spierdalała na głowę. Subdivision jeszcze w początkowej fazie budowlanej. Nie było tam nic, poza kupą piachu, spycharką i… a jakże by inaczej – pośrednikiem! Zawołał 3100 od metra kwadratowego. Zajebiście! Tego samego dnia byłem już u developera. – Hmm… Czy to aby na pewno ten adres? – pytam przechodnia – Tak tak! To tu! „HWDP Urban Development”! – Wyglądało to tak, jakby specjalnie na naszą wizytę ktoś tu z rulona rozwinął plakat z logo i przykleił na drzwi jakiejś randomowej speluny. – No nic, idziem… To pierwszy projekt tego developera w naszej prowincji, to trza mu dać szansę. – Po wejściu do środka, typcio w okularkach przeciwsłonecznych obsypał mnie ofertami sprzedaży z których wybrałem to, co mnie interesowało. Podpisaliśmy trochę papierków, uiściłem bezzwrotną opłatę zaklepującą i za godzinę wyszedłem z teczką właściciela ziemskiego. Ale w teczce nie było aktu własności. Ba kurwa! Nie było tam nawet aktu sprzedaży. Te dokumenty zobaczyłem dopiero po kilku latach! Dlaczego? Bo na Fili nawet developer jest kilka lat w plecy z podatkiem od nieruchomości. I dopiero, jak wyrówna należności, to będzie mógł przepisać akt własności. I tak kurwa po 5 latach, dwóch bańkach i garści siwych włosów, w końcu mogłem odetchnąć ze spokojem. I i tak miałem dużo szczęścia, bo nie zbadałem, czy działka jest na terenach zalewowych i będę się musiał wyprowadzać co roku, na dwa miechy, czy nie. Oczywiście developer zaczął w międzyczasie kasować za usługi, które miały być free. Nie dokończył projektu wedle planu, a poszedł na skróty i odjebał manianę. Ogólnie nie wygląda to tak, jak miało wyglądać, ale cała historia i tak, uważam zakończyła się hapi endem.

Tak to kurwa jest na Fili. Tu wszystko odbywa się wolniej. Tu się nikomu nie spieszy. Każdy ma czas na wszystko. A ty się tylko wkurwiasz biały człowieku! Przy moim drugim zakupie miałem wyjebane, bo w przeciwnym razie bym już wyłysiał. „Miałem” kurwa… MAM, bo transfer rozpoczęty w… 2014 roku chyba, a dalej trwa. I trwać będzie jeszcze długo. Posłuchajta!

Któregoś dnia odwiedzając kuzynów małżonki w Bicol, myśle sobie, że zajebiście byłoby mieć tu jakąś bazę wypadową. Moja wioska to takie typowe Syfiliny, nie ma się co oszukiwać. Co prawda prowincja bardzo zróżnicowana, bo są plaże o piasku białym, czarnym i czerwonym, góry, wodospady, wiszące mosty. Są radioaktywne czarnobyle, ale też miejscowość, gdzie ekstremalnie dbają o czystość. Ale nie umywa się to do Bicolu, który jest naprawdę piękny i do tego dziki. Według miejscowych, jak pochodzisz z Bicol, to jesteś kurwa probinsyano do kwadratu. Dodatkowym plusem jest fakt, że robią tam najlepszy bimber z kokosa – Lambanog. Mówię do kuzynów – Miejcie oczy otwarte i jak będzie okazja, to dajcie mi znać. – No i dali znać kurwa. Mayor lokalnej prowincji chciał odsprzedać 300 metrów graniczące z jego wielkim landem kilkudziesięciohektarowym. Cena? 80.000 PHP. Czyli grosze. Gonią mnie, bo już ktoś ma na dniach lecieć z forsą w zębach. Ryzyk fizyk, bez portek do domu. Wysłałem im kasę, bo akurat przebywałem za granicą, a za tydzień pochwalili się, że działka zakupiona. Jak już zajechałem z powrotem na Fili, to zrobiłem sobie wycieczkę, żeby zobaczyć co kupiłem na ślepo kurwa. No i jest rzeczywiście działka w wiosce, której Google Maps nawet nie zna. Poważnie. Na szczęście tuż przy drodze głównej i 500 metrów od plaży, nad zatoką Ragay. Wrażenie ogólnie na plus, poza sąsiadem. Jebutny gmach Iglesia Ni Cristo kurwa… Jak już obczaiłem okolicę, to wbijam do kuzynów po papiery. I tu zaczęły się schody. Nie mają nic. Nawet świstka od Sołtysa, że jakaś forsa była zapłacona. – Don’t worry Brother, don’t worry! – Zapewniali, ale mnie krew zalewała i udałem się natentychmiast do Mayora. Mayor przyjemny ziomuś. Poczęstował meriendą, pogadalim, popilim. Pokazał mapę i wytłumaczył co i jak. Powiedział, że za późno na odwiedziny u notariusza, więc przełożymy to na kiedy indziej. I tak się odwlekło kilka miesięcy. Przy następnej wizycie akt sprzedaży był gotowy, ale w Municipalu nie przyjęli, bo coś nie tak z jednym podpisem. Nie ważny, bo osoba spokrewniona z Mayorem. Do kosza kurwa i po raz kolejny do Mayora po nowy akt sprzedaży. A tam znowu ta sama śpiewka. – Dzisiaj już nie, tylko w przyszłym tygodniu. – To jebie – mówię do niego – Następnym razem. – A następnym razem się okazało, że te 300 metrów nawet nie jest oddzielone na papierze od reszty hektarów, więc aktem sprzedaży się mogę podetrzeć. Trzeba teraz wzywać geologa, żeby to wymierzył wszytko, wystawił odpowiedni dokument i z tym w zębach do Municipalu. Tam nikt nic nie wie. Czeski film. I tak kurwa już cztery lata ponad, a ja dalej nie mam żadnych dokumentów. Może za następne cztery, jak dożyje. Albo za osiem. Ciekawym jest fakt, że im głębiej w pipidówki tym większy burdel jest z dokumentami, odnośnie własności ziemi. Znajomy mojego znajomego ma małą wysepkę na własność, ale sądzi się już kilka lat o prawa do niej. Jak się władze na stołkach tasowały, to niechcący sprzedali tą samą wyspę dwóm różnym nabywcom. I teraz chuj, dochodź czyja to własność skoro, jak już wiemy, daty na dokumentach nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. Dlatego trzeba jebać system i funkcjonować jak Filipińczyk. Ja sam mam zaległości we wszystkich możliwych podatkach, a niektóre sięgają nawet 2015 roku. I wyjebane. Inaczej można guza mózgu się nabawić.

To tyle o moich przygodach związanych z zakupem ziemi na Filipinach. Wkurwiony Wujek radzi przy takich transakcjach uzbroić się w cierpliwość, to raz. Dwa – liczyć się z tym, że może się to zakończyć dla was stratnie, bo przepisy są w sumie tylko po to, żeby były. Trzy – wykluczyć przy zakupie opcję ewentualnej sprzedaży. Na Fili sprzedaż nieruchomości graniczy z cudem. Także powodzenia. Do następnego! Pozdro!

Reklamy

2 myśli na temat “„Ziemi ja chcę od ciebie, ale tamtej z Krużewnik” – kupno działki na Fili

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: