Arnis – Filipińskie Kung-Fu

Elo! Arnis, to Filipińska sztuka walki polegająca na napierdalaniu pałami. W necie całe elaboraty na dwieście stron o powstaniu i bogatej historii. Sraty taty, dupa w kraty kurwa. To jest tak proste, że można to opisać w jednym zdaniu. Zaczęło się od bambusowych pał w czasach przedkolonialnych, a skończyło na maczetach w czasach kolonialnych.

I tyle kurwa. Właśnie uratowałem wam pół godziny życia, które zmarnowalibyście na czytanie tego pierdolenia wierszy. Filipińczyki, to prymitywny lud, to i broni nie mieli jakiejś wysublimowanej. Pierwsze, co znaleźli pod ręką, to bambus i z tego zrobili kije. Potem weszli na wyższy poziom i zaczęli dziubać z drzewa Kamagong, bo charakteryzowało się kurewską twardością. A jak przypłynęły hiszpańczyki, to w ruch poszły noże i maczety. Ot cała historia dwóch patyków kurwa. Potem piszą, że to ewoluowało i Arnis, to także techniki napierdalu bez broni. Techniki samoobrony i obezwładniania przeciwnika. Techniki medytacji i mocy duchowej. Srały muchy będzie wiosna. Może jeszcze nurkowanie, bieg przez płotki i pierdzenie przy stole to też techniki walki Arnis. Takie kurwa ubieranie knura w garnitur i udawanie, że to Baron von Stauben. Prosta napierdalanka prostego ludu, a nie żadna mistyczna technika rozwoju duchowego. Posłuchajta!

Któregoś słonecznego dnia mój szwagier stwierdził, że nauczy mnie napierdalać Arnis. Trzeba mu przyznać, że zna się na rzeczy. Z punktu widzenia laika oczywiście. Nie czaje tego kompletnie i swój osąd bazuję na wizualnym efekcie szwagrowego wymachiwania pałami. A robi wrażenie. Wycyganił skądś dwa zestawy kijków i rozpoczęliśmy lekcję. Szkoda, że obaj najebani. No ale humory nam dopisywały, więc rozsądek zostawiliśmy gdzieś w tylnej kieszeni. Pokazał mi, jak trzymać i jak machać, żeby nie obijać kijami o siebie. Potem, jak blokować i na co zwracać uwagę, żeby przewidzieć ataki przeciwnika. A potem pokazał mi, jak najefektywniej atakować. Do tego momentu wszystko szło sprawnie. Potem przeszliśmy do wyreżyserowanego napierdalu full kontakt. Szwagier napierdalał ustalonym kombosem, a ja blokowałem. Od tempa żółwiego, po co raz szybsze. Pierwsze minuty, to profeska pełna gębą, ale po krótkim czasie alkohol dał się we znaki. Szwagrowi zabrakło precyzji, a mi koncentracji. Wycelował za wysoko, pała mu się omskła, ja nie zareagowałem w czas i tak mi wyjebał w ryło, że ujrzałem Świętego Piotra. Jak już doszło do mnie, co się stało, to poczułem pulsacyjny ból mordy. Jucha lała mi się z nosa, jak z hydrantu. Po sekundzie miałem ufaflunioną całą koszulkę i spodenki. Szwagier zaśmiał się kretyńsko pomagając mi wstać. – Brother! You alive? Hehehe! – Otrzepałem się, oblizałem, podniosłem pały i leciem dalej. Co będę robił z siebie cipe przed nim? Moja duma i tak ucierpiała bardziej niż nos. Do tego znieczulacz w postaci Emperadora działał jak należy, więc trza było mu pokazać, co znaczy Polska, buracka zaciętość. Kontynuowaliśmy jeszcze przez dobry kwadrans, dopóki kobity nas nie rozgoniły w pizdu. Dzisiaj napierdalam Arnis hobbystycznie o pień mangowca. Nauczyłem się wymachiwać kurwa, jak profesjonalista i szpanuje przed znajomymi od czasu do czasu. Ten, kto ma tylko trochę pojęcia poobijałby mnie na kwaśne jabłko. Ale jakoś do tej pory nikt nie startował, a ja nic nie mówię, bo po co się demaskować, nie?

Jak chcecie pooglądać Arnis w akcji i lubicie klasyczne kino filipińskie, to polecam „Kamagong” z 1986 roku. Główną rolę gra Lito Lapid, który dla Arnis jest takim Brucem Lee. No ale nie oczekujcie za wiele. Jakie Kung-Fu, taki Bruce Lee kurwa… Sam film cieszy się naprawdę zajebistymi sekwencjami napierdalu, a i fabuła mimo, że lekko sztampowa, to potrafi wciągnąć. Muzyka zasługuje na zajebistą pochwałę, bo brzmi, jak typowa nuta amerykańskich filmów karate z lat 80’tych. Rzadko polecam filipińskie kino, ale ten film jest dobry. Na jujubie macie cały z napisami po angielsku. Nie ma za co.

Naga City w Bicolu jest Filipińską stolicą Arnis. Odbywają się tam systematyczne napierale, imprezy i demonstracje. Byłem raz. Nie polecam. Wyobrażałem sobie jakieś zajebiste mistrzostwa rodem z „Bloodsport”, a  okazało się to raczej pokazem „Bullshido”. To już wolę jeszcze raz obejrzeć se „Kamagong”. Arnis byłby całkiem spoko, gdyby nie oszukiwał się czym jest. A jest całkiem finezyjnym, ale dalej prostym grzmotaniem się nawzajem patykami kurwa. Miszcze Arnis robią z tego nie wiadomo jak skomplikowaną i głęboką duchowo sztukę walki. A przecież chodziło tylko o to, żeby typowi z wrogiego plemienia zajebać czymś szybko i mocno. No, ale to są Filipiny. Kraj pełen mitologii i zabobonów. Tu nawet kawałkowi skruszałego kamulca nadaje się znaczenia. To tyle ode mnie. Do następnego! Pozdro!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Get started
%d bloggers like this: