Ślub na Filipinach – czyli jak tajfun o mało nie rozjebał mi wesela

Eloszki! Nowy wpis, po długiej przerwie. Wybaczcie, że rzuciłem bloga, ale wynika to z mojej niepełnosprawności technologicznej. Jestem tak ograniczony pod tym względem, że włączenie i wyłączenie komputera sprawia mi ogromną trudność. Do tego dochodzi jeszcze mój buracki temperamencik i mieszanka wybuchowa gwarantowana. Chciałbym w tym miejscu podziękować Jurkowi, który pomaga mi w ogarnięciu strony i facechuja. Jurku, odkupie nasze winy i opróżnimy je razem przy twojej następnej wizycie. Tymczasem w kolejnym wpisie Wkurwionego na Filipinach opowiem wam historyje, jak to tajfun prawie rozpierdolił mi wesele. Prawie…

To był Maj. Pachniała saska kępa. Oświadczyny odbyte i pora rozglądać się za datą zaobrączkowania. Z tym, że coś mi pierdolnęło do głowy, żeby zaplanować imprezę na Lipiec… Lipiec, to na Filipinach środek pory deszczowej. Prawdopodobieństwo słonecznej pogody jest mniejsze, niż przejście w jednym kawałku przez Sarajevo w 93’. Debilną decyzję tłumaczę tym, że to okres wakacyjny w Polsce, a trochę gości z domu pozapraszałem. A żeby jeszcze dodać dreszczyku emocji, bo lubimy z małżonką żyć na krawędzi, to weselisko miało odbyć się na plaży pod gołym niebem, a co? Jak już szaleć, to na całego. Wynajęliśmy resort gdzieś nad morzem południowochińskim, na wyłączność, na dwa dni. Mieliśmy do dyspozycji piętrowy domek 4-pokojowy, dwa bungalowy 3-pokojowe i chyba ze 4 Nipa Huty. Wszystko za śmieszną cenę 25.000 PHP, i to i tak po długich negocjacjach. Negocjacjach nie tyle odnośnie ceny, co w ogóle pozwolenia na imprezę. Bo w okresie deszczowym tylko wariaty jakieś bawią się na plaży. W końcu jednak udało się przekonać właścicieli. Machnęli ręką, bo co będą z głupkiem gadać. No ale zacznijmy od początku. Posłuchajta!

Jak od strony formalnej ślub na Fili wygląda nie będę opowiadał, bo to tam se możecie wyguglować na innych blogach. Szkoda czasu mojego i waszego. Poza tym ja miałem tyle szczęścia, że tą całą popierdoloną procedurę ominąłem. Po pierwsze znaleźć ksiundza, który zgodzi się na Beach Wedding jest trudniej, niż znaleźć mięso w filipińskiej langonisa. O ile nie jesteś jakimś wyjebanym celebrytą, to śluby udzielane są tylko w kościole. Ale, że na Fili wszystko da się załatwić po znajomości, to i ksiundza załatwiliśmy po znajomości. Z tym, że Born Again. To jakiś odłam ewangelikański, nawet mnie to nie interesowało za bardzo. Najważniejsze było dla mnie, żeby ślubu udzielił w resorcie i impreza odbyła się w jednym miejscu. My wszyscy oczywiście katolicy, ale ksiundz ewangelicki nie robił problemów, bo to dobry kumpel przyjaciółki mojej żony, która de facto pracuje w urzędzie stanu cywilnego. Zajęła się też ogarnianiem naszego „marriage license”. Ominęły mnie też dzięki temu dwutygodniowe męczarnie w postaci nauk przedmałżeńskich. Generalnie posiedzenie odbyło się ze wszystkimi w Jollibee przy burgerze i frytkach. Kosztowało to zaledwie parę tysięcy. Kilka kopert w odpowiednie łapy i rachunek z fastfooda.

Następny adres, to dekoracja i catering. Firma oferująca takie usługi znajdowała się tuż za rogiem. Wszystkie graty, łącznie z garami, sztućcami, stolikami, dekoracjami i garścią kelnerów kosztowała 15.000 PHP. Uzgodniliśmy skąd mają nas odebrać ciężarówką z gratami i dzida po mięcho. Tego żarcia kurwa to przysięgam było ze dwie tony. No w chuj. Później jeszcze zamówiliśmy świniaka z rożna i następny punkt z listy odklepany. Świniaka, którego nawet na oczy nie widziałem, ale o tym napiszę trochę dalej. Pierwsze tygodnie Lipca wyglądały bardzo obiecująco. Słonecznie, ze sporadycznymi opadami i to głównie w nocy. Cały czas śledziłem informacje tajfunowe, bo wszystko już gotowe, a wesele za kilka dni. Nie ma odwrotu kurwa. Wszyscy goście już pozjeżdżali. A w sumie wyszło ich lekko ponad stówka. Mierną frekwencje, jak na filipińskie standardy tłumaczy fakt, że resort był oddalony od mojej wioski o dobre dwie godziny drogi, więc nie każdy znajomy mógł, albo chciał się wybrać. Zacznijmy od tego, że na cała familię trzeba było wynająć dwa Jeepneye, a reszta na pace ciężarówki z towarami i sprzętem.

No i stało się! Na pięć dni przed weselem II stopień zagrożenia tajfunowego. Ja wiedziałem, że tak będzie kurwa. Jak się rozpadało, to w 24 godziny okoliczne drogi pozamieniały się w rzeki, a boiska do koszykówki w baseny. Wiatr tak napierdalał, że zrywał głowy z karków. Pytam żony (wtedy jeszcze narzeczonej) co robimy? A ona ze stoickim spokojem – Będziemy brać ślub w deszczu – Zazdroszczę dyscypliny wewnętrznej. W sumie utopiliśmy w to wesele już chyba ze 100 tysięcy pesos. Jak odwołamy, to szybko się znów nie pobierzemy. Nie ma co jęczeć – stwierdziłem – i przyznałem rację. Postępujemy wedle planu. Nie wiedziałem wtedy, co kurwa czynię…

Noc przed, nie mogłem zasnąć. Częściowo z emocji, a częściowo od tego jebanego barabanu, jaki wywołuje napierdalający deszcz o dach z blachy falistej. Pobudka skoro świt. Leje jak jasny chuj. Cała ekipa czeka na transport. Moi rodzice, siostra, szwagry, ciotki, małżonka, ja i dwa kufry z żarciem. Reszta dojedzie Jeepneyami po południu. Słychać warkot diesla. Zapierdala nasza limuzyna spowita czarną chmurą spalin. Zdezelowana ciężarówka z podziurawioną plandeką. Wyskakuje dwóch tragarzy. Przemoczonych do suchej nitki i wkurwionych. – Naprawdę jedziemy w tą pogodę, Ma’am? – Pyta żony jeden z nich. Nie wierzyli, że ktoś może być do tego stopnia pojebany. Jechaliśmy dwie godziny serpentynkami z jednego końca półwyspu, na drugi. Między gratami, pościskani i przemoczeni. Na którymś zakręcie trzy rzędy krzeseł przygniotły moją siostrę, na której ratunek rzucił się jeden z tragarzy. Jakaś kurwa jebana misa spierdoliła się na łeb wujowi i rozcięła mu łuk brwiowy. Krwawił, jak zarżnięty prosiak przez cała podróż. Deszcz cały czas napierdalał, jak z cebra. A ja siedziałem i pukałem się w łeb – Co ja najlepszego odpierdalam… – Wtedy pojawiła się iskierka nadziei. Niebo z szarego zrobiło się białawe. W sercach naszych zawitała radość i nawet wujek z rozjebanym czołem wydobył z siebie trochę uśmiechu. Pozytywna atmosfera nie trwała długo. Skrzynia biegów się rozjebała i podróż się zakończyła. Na ironię, kilka kilometrów przed celem. Tragarze wjebali się pod ciężarówkę i zaczęli coś napierdalać. Prawie godzinę się babrali i w końcu jakoś, z trójki, dwójki, nie wiem, skokami na przód dotarliśmy na miejsce. A wtedy cud! Przestało kurwa padać! – Nie zapeszać! Rozładowywać! – krzyknął szwagier i jazda z gratami. Załoga cateringowa zaczęła organizować wystrój. Laski poszły się szykować, a ja z moim Best Manem zapierdalaliśmy w kuchni. Start imprezy zaplanowany na 16:00, a o 15:00 nic nie było nawet w połowie przygotowań. Stwierdziłem, że trzeba zrezygnować z większości dekoracji i zatrudnić więcej rąk w kuchni. Gdzieś w tym burdelu organizacyjnym ktoś zajebał świniaka z rożna. Tak kurwa! Na Filipinach okradli mnie ze świniaka na moim własnym weselu! Miał być zaprezentowany w całości z jabłkiem w ryju, a na stole był tylko jego udziec. Resztę amba wcięła. I weź się człowieku nie wkurwij!

Wybiła 16:00! Wszystko prawie gotowe. Ja stoję już na ślubnym kobiercu. Best Man ciągle w kuchni. A świadkowej w ogóle jeszcze nie ma. Patrzę na wzburzone morze. Granatowe chmury zbierają się na horyzoncie. Grzywka ksiundza popierdala na wietrze, jak wściekły zając po polu. Wywracają się wazony z kwiatami. Goście w ciszy obserwują niebo przytrzymując sobie nakrycia głowy. Świadkowa w końcu zajechała. Best Man też zjawił się obok mnie, rozsiewając przykrą woń smażonej ryby. Moją żonę prowadził najstarszy szwagier. Tatay’owi nie dane było dożyć tej chwili. A piękna to była chwila. Pierwszy raz w tym dniu mój umysł był zajęty czymś innym niż pogodą. W moją stronę szła najpiękniejsza kobieta, jaką widział ten świat. Wiatr wtedy jakby ucichł, morze przestało być wkurwione. Ale gdy już stanęła obok mnie, a ksiundz rozpoczął swoje pierdolenie, to wróciłem do rzeczywistości, bo granatowe niebo zbliżało się w zastraszającym tempie. Zaczęło kropić. – pierdol szybciej książę – myślę sobie, bo chaos nadchodzi. Ale wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego. W pewnym momencie ceremonii granatowe niebo zaczęło spierdalać w lewo i tak się rozrzedziło, że promienie słoneczne przebiły się przez chmury. Miłosierni, błogosławieni! Potem cały wieczór, każdy pierdolił o tym, jak to opatrzność Boża sprawiła, że przy II stopniu zagrożenia tajfunowego dostaliśmy trochę słońca. Każdy widział Bozię w tym tęczu. A ja? Cebulak w sercu słucha tego z politowaniem. Ale gdzieś tam w środku siedzi głos, który mówi „Bóg ma nas w swojej opiece”.

Weselisko na Filipinach trwa krótko. Goście się nażrą i po dwóch godzinach max spierdalają. Grupka z ciężarówki została na placu boju śpiewając, tańcząc i bawiąc się do późna. A w sypialni spodziewalibyście się upojnej nocy. Muszę was zawieść. Byłem tak spierdolony, że nie stanąłby mi nawet gdybym sprosił do łóżka jeszcze ze trzy szesnastki. Mówię do żony – Przełóżmy to na kiedy indziej – nie protestowała. W ramach odpowiedzi usłyszałem jej chrapanie. Następnego dnia, jak już zwlekłem się z wyra i wypełzłem na taras, to oczom moim ukazała się piękna słoneczna pogoda. Otworzyłem sobie zimne piwko, żeby zagłuszyć szum w głowie po wczorajszych promilach. Usiadłem na bambusowym stołku i zacząłem wpatrywać się w horyzont z kretyńskim uśmiechem na twarzy. Nie byłem wkurwiony.

IMG_0199

Reklamy

Jedna myśl na temat “Ślub na Filipinach – czyli jak tajfun o mało nie rozjebał mi wesela

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: