Mój kumpel Duwende

Siemanko! Dzisiejszy wpis, jest kontynuacją moich paranienormalnych przygód na Fili. Pomyślałem też, że zacznę segregować w osobnych kategoriach wpisy z danego cyklu, żeby to trochę łatwiejsze w nawigacji było. Narazie jeszcze burdel jest, ale ogarne to w końcu. A tera opowiem wam tu o tym, jak poznałem Duwende.

Duwende (nie mylić z Duterte) to takie wkurwione, filipińskie krasnoludki, które zazwyczaj zamieszkują górzyste tereny i siedzą głęboko w lasach. Legendy mówią, że mieszkają w charakterystycznych kopcach, dlatego każdy miejscowy omija szerokim łukiem tego typu nierówności terenu. Duwende pokazują się tylko ludziom o dobrym charakterze, a konszachty z nimi bywają niebezpieczne. Mogą być twoimi najlepszymi przyjaciółmi, ale jak ich wkurwisz, to przyniosą na ciebie nieszczęście. Podczas pobytu na Filipinach, słyszałem wiele historii od ludzi, którzy spotkali Duwende. Niektórzy ich tylko widzieli. Inni rozmawiali z nimi, a jeszcze inni się zakumplowali. Ale poznałem tylko jednego człowieka, który… Posłuchajcie!

Któregoś słonecznego dnia pojechaliśmy z małżonką i teściową, do jej rodziny w Pangasinan. Potomkowie jej braci i sióstr. Ot kurwa Pinoye, jak każde inne, poza jednym interesującym ziomeczkiem. Ale o nim za chwilę. Zatrzymaliśmy się w chatce na kurzej stopie. Dosłownie. Drewniany domek Nipa Hut, stojący półtora metra nad glebą. Po co? Tak jest! Szybko się uczycie. Żeby woda powodziowa się nie wlewała do chałupy oczywiście. Nipa Hut, to tradycyjny dom filipiński. Ściany przeważnie z bambusa, a dach ze strzechy. Przewiewny. Za dania chłodzi, a w nocy grzeje. Strzecha, to genialny wynalazek w krajach o klimacie podzwrotnikowym. Naprawdę nie przepuszcza gorąca. W domu pod blachą falistą jaja sadzone się kleją do dupy, a w Nipa Hut zawsze przyjemnie. Taki dach ma tylko jeden poważny problem.

Którejś pięknej nocy, podczas leczenia jet laga leżałem se z oczami wbitymi w sufit i rozmyślałem o dupie Maryny. W pewnej chwili widzę jaszczurkę, która wylazła spod strzechy i zaczęła popierdalać po suficie. Jaszczurki na Fili, to kochane stworzenia. Wpierdalają muchy, komary i to całe dziadostwo. Nigdy nie wyganiam, nie tępie. Ale ta jaszczurka, jakaś dziwna była. Popierdalała po tym suficie, jak pojebana. Myśle sobie – Jaszczurki przecież tak nie nakurwiają w kółko, a tym bardziej po nocach. – Gapiłem się w ten sufit już dobre kilka godzin. Oczy przyzwyczaiły mi się do ciemności, jednak mimo zawziętego wytężania wzroku nie mogłem obczaić, co dolega tej gadzinie. Ledwo skończyłem rozkminkę, a „jaszczurka” zjechała na swojej sieci prosto na mój ryj! – Kurwaaaaa!!! – Zerwałem się, jak poparzony. To nie żadna jaszczurka! To pierdolony pająk wielkości mojej dłoni! Pobudziłem oczywiście wszystkich domowników swoim jazgotem. Pozapalałem światła, złapałem, co pierwsze miałem pod ręką i zacząłem napierdalać tego potwora, aż nie zrobiłem z niego mokrej plamy. Ohydny kurwa paskud jebany! Jak już dostałem od wszystkich opierdol za pobudkę w środku nocy i posprzątałem to, co zostało z pająka, to na spokojnie przyjrzałem się pajęczynie, po której zjechał. Wisiała sobie kurwa, jak firanka i powiewała w przeciągu. Gruba niczym nić krawiecka. Jak ją zrywałem, to strzelała w palcach. Także możecie sobie wyobrazić, co to za skurwiel był. I ile więcej takiego ścierwa siedzi w tym dachu z suszonych liści.

To tyle tytułem Nipa Hut. Tam żeśmy mieszkali, srali i spali przez okrągły tydzień. Bardzo chciałbym jednak wrócić do tego ziomeczka. Otóż koleżka ten (nazwijmy go Kuya Lino) bardzo dobrze znał Duwende. Znał ich i kurwa słuchajcie tego. Był osobiście gościem w ich… wiosce, kurwa nie wiem… dziupli? Gdziekolwiek oni mieszkają. Co ciekawe, wielu pobratymców z powagą na twarzy potwierdza te historie. Niektórzy z nich mówią, że byli i widzieli. Kuya Lino miał jakąś moc, dzięki której zjednał sobie przyjaciół wśród Duwende. Co łatwym nie jest, bo te karły jebane potrafią być niezłymi diabełkami. Tylko on jeden miał dostęp do nich. Kuya Lino był już w dość podeszłym wieku. Miejscowi mówili, że wiele lat temu bardzo często odwiedzał Duwende. Ostatnimi laty robi to rzadko, albo wcale, co nie znaczy, że nie wie jak tam trafić. Po prostu już nie te lata. Dlatego początkowo sam brałem to za demencyjny bełkot. Ale któregoś wieczoru Kuya Lino powiedział mi, że mnie zabierze do wioski Duwende i z nimi zapozna. Kurwa nie potrafię przelać na papier powagi tej całej dyskusji. Za każdym razem, jak to czytam, to brzmi to śmiesznie w chuj, jak jakieś bajdury z dupy. Ale kiedy każdy na około, włącznie z głównym przewodnikiem, mówi, że krasnoludki istnieją i ja też na własne oczy je niedługo zobaczę, to zesrałem się z podekscytowania. Kuya Lino poprosił mnie tylko o to, żebyśmy wizytę przesunęli na następny raz, bo to nie jest dobry okres dla Duwende. Lepiej wybrać się tam za kilka miesięcy. – Ok! – wrzasnąłem i z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego przyjazdu do Pangasinan. Ledwo wrócilismy do domu, a ja już zacząłem odliczać dni. Rozmyślałem sobie, jak zajebiście będzie uczestniczyć w mitycznym świecie Filipin. Doświadczyć tych niesamowitych historii, o których wielu opowiadało. Doświadczyć czegoś, o czym białasowi z Europy się nawet nie śniło. Nadszedł czas wyjazdu i już zacząłem pakować manatki powoli, ale małżonka dostała telefon z Pangasinan. Kyua Lino zmarł. Z dnia na dzień. Z nieznanych przyczyn. I kurwa chuj bombki strzelił… Nazajutrz pojechałem do Pangasinan, ale nie w celach zwiedzania wioski Duwende.

Ta wizyta w Pangasinan do najprzyjemniejszych nie należała. I nie ma się też co dziwić. Nie wypytywałem o szczegóły zajścia. W ogóle kurwa niewiele mówiłem, a szczególnie w dniu, kiedy żegnaliśmy Kuya Lino. Cały czas po głowie chodziła mi myśl, o prawdziwości tej całej kurwa historyjki o krasnoludkach. Wieczorem podczas stypy opuściłem na chwilę grupę biesiadników i odszedłem kilkanaście metrów od domu na ścieżynkę, żeby zajarać w spokoju i oddać się kontemplacji. Pamiętam, że niebo było wtedy bezchmurne, a księżyc świecił tak jasno, że można było popierdalać po lesie bez latarki. W połowie szluga patrzę, drepcze do mnie 3-letnia siostrzenica mojej małżonki. – Co tu robisz Bąbel o tej porze po ciemnościach? – mamroczę. Gaszę peta i w tym momencie słyszę jej płacz… z tym, że dochodzący z wnętrza domku na kurzej stopie. Odwracam wzrok w stronę drepczącej do mnie istoty, ale na próżno, bo już jej tam nie było. Włos mi się zjeżył, po czym spierdoliłem w podskokach z powrotem do chaty. Duwende? Alkohol? Albo po prostu wkręciłem sobie tym wszystkim fazę? Tego już się kurwa niestety nie dowiem. Do nastepnego! Pozdro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: