7 powodów, dla których lubie SM Superstore

Elo, elo! Trzy, dwa, zelo… zero! Dzisiaj naskrobie wam o centrach handlowych na Fili. Tylko tym razem dla odmiany nie będę pluł ogniem na wszystko. Tym razem wpis pozytywny, w trochę innej formie niż zwykle. 7 powodów, dla których lubię SM City.

Dlaczego w temacie akurat SM? Bo jest to mój najulubieńszy, najbliżej położony, najzajebistszy superstore. Moja ostoja i przystań, gdzie odpoczywam i się relaxuje. Po pierwsze, na słowo „centrum handlowe” każdemu normalnemu mężczyźnie jeży się włos na głowie. Podekscytowane kobity godzinami wertują te same szmaty, a my bidoki drzemiemy gdzieś w sekcji obuwniczej na kawałku pufy, dopóki nas ktoś nie pogoni. Tak było i w moim przypadku. Pierwsze konfrontacje z centrami handlowymi na Fili budziły we mnie jedno podstawowe pytanie. Dlaczego kurwa co weekend Filipińczycy zwalają się tam całymi rodzinami i kręcą, jak gówna w przeręblu? Nic nie kupują, wpierdolą czasem jakiś lunch, a siedzą tam cały boży dzień. To już nie ma ciekawszych, ładniejszych miejsc do spędzenia czasu z rodziną? W zasięgu ręki plaże, resorty, baseny, wodospady, a oni wolą popierdalać do smogowa („Smogowem” nazywam nie tylko Metro Manila, ale każdą miejscowość, która ma w nazwie „City”). Kilka lat później i ja sam co najmniej raz w tygodniu odwiedzam mój SM City. A oto powody dlaczego. Posłuchajta!

  1. Klimatyzacja

Najpierwszy i najważniejszy punkt na tej liście. Na Fili, w odróżnieniu od Polski, panujá nie cztery, a trzy pory roku. Deszczowa (czerwiec – wrzesień). Sucha (październik – styczeń). I w chuj sucha (luty – maj). W kwietniu u mnie na wiosce bywają takie dni, że modle się o zachód słońca. „Klara” tak napierdala, że siedzę, nic nie robię, a leje się ze mnie, jak z kranu. Nic tylko spakować rodzinkę w auto i do SM! Turysta szuka zazwyczaj tego, co najpiękniejsze na Fili, czyli malowniczych krajobrazów. Ale z perspektywy kogoś, kto dłużej żyje w tym skwarze, klimatyzacja to dar od Boga. Auto bez Klimy? – Nie ma takiej opcji. Któregoś słonecznego dnia szwagier poprosił mnie, żebym pojechał z nim po auto, które kupił. Podróż z zadupia w prowincji Laguna do mojej wioski. Jedyna droga prowadziła przez Metro Manila. Szwagier trochę się bał jechać, więc ja się podjąłem przedsięwzięcia. Pojazd, który zakupił, to Suzuki Minivan, skrzyżowanie taczki z beczką na kiszoną kapustę. Wersja „deluxe” z kompletem kół i silnikiem na chodzie, ale jakże mi przykro – ze spierdoloną Klimą. Ba! Nawet wiertalotek nie działał. Podczas 6-cio godzinnego pełzania przez Metro Manila wyglądałem jak Ace Ventura z „Zewu Natury” w scenie z wnętrza mechanicznego nosorożca.

  1. MacDonald

Co prawda miałem nie pisać o pogodzie, rzarciu i tym podobnych pierdołach, ale w tym temacie są to elementy kluczowe. „Tęsknię za MacDonaldem”, to słowa, których bym się nigdy nie spodziewał z moich ust. Filipińskie rzarcie jest nawet ok. Nie jestem jakimś wielkim fanem, ale zjem. Fast Foody, to jedyne miejsce w tym zadupiu na końcu swiata, które chociaż trochę pieszczą kubki smakowe białasa. Po miesiącach wpierdalania suszonych rybek, gumowych kalmarów, słonych świńskich małżowin usznych, albo pieczonych kurzych pazurów, fajnie jest czasem wpierdolić coś znajomego z domu. I pomimo tego, że nawet w „Maku” na Fili można zamówić ryż zamiast frytek, albo ohydne filipińskie spaghetti, to Cheeseburger dalej smakuje tak samo.

  1. Zero żebraków

Świadomość tego, że tylko po obmacaniu mnie przez strażnika w bramce nie przypierdoli się do mnie przez cały dzień żaden żebrak jest zajebista! Moja biała gęba działa na nich, jak lep na muchy. Lgną całymi stadami. A najgorzej, jeśli są to dzieciaki. I nie dlatego, że ci ich żal i łatwiej im wyłudzić. Tylko dlatego, że tracisz przy nich czujność i cie opierdolą z portfela kurwa! Ledwo cię dojrzą i już oblepiają w kilka osób. Tych kilku z przodu robi dywersję w postaci machania łapami przed twoim nosem, a w tym czasie kilku najzręczniejszych plądruje ci kieszenie. Najczęściej to właśnie rodzice wysyłają dzieciaki na takie szabry, bo przecież nie wpierdolisz za kraty 6-cio latka… Patologia.

  1. Brak Skin Taxu

Tak jest kurwa! Poprzednio pisałem właśnie, jak Skin Tax mnie wkurwia na Fili. W centrach handlowych wszędzie jest „fixed price” i nikt cię nigdy nie naciągnie, choćbyś był bielszy od anielskich jajców. Nikt nie będzie wyłudzał napiwku. Nikt nie będzie brał dodatkowych opłat za „expresowe” usługi.

  1. Videoke

„Śpiewać każdy może, trochę lepiej, albo trochę gorzej. Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi”. Na Filipinach to jest akurat stu procentowa rzeczywistość. Karaoke towarzyszy każdej filipińskiej imprezie. Czy to wesele, urodziny, czy libacja ze znajomymi, karaoke być musi i chuj! A, że ja śpiewać lubię, to opcja dla mnie zajebista. Tylko co ma z tym wspólnego centrum handlowe? Ano w SM, w każdym sklepie z elektroniką jest stoisko z najnowszymi modelami videoke do wypróbowania live. Często-gęsto ktoś sobie tam śpiewa, a tym radzącym sobie lepiej towarzyszy też tłum wiwatujących gapiów. Ja jako niedoszła gwiazda rocka, lubię sobie czasem podłechtać ego i odpierdolić mnini-koncert. Wybieram zazwyczaj utwory moich ulubionych filipińskich kapel, co jeszcze podkręca mój lans o 20 punktów. Przyznać muszę, że udaje mi się czasem zebrać całkiem pokaźną grupę słuchaczy. Niektórzy robią sobie ze mną zdjęcia, a ja czuję się wtedy jak Bon Jovi. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

  1. Porządek

Shopping Malle, to kurwa chyba jedyne publiczne miejsca na Filipinach, gdzie jest czysto. Filipińczycy są takimi syfiarzami, że ja pierdole. W ogóle nie przywiązują uwagi do ekologicznego podejścia do życia, a cały ten kraj, to jedno, wielkie wysypisko śmieci! Aż żal dupę ściska, bo Filipiny, to taki piękny kraj, a tak zajebany syfem. Publiczne plaże wyglądają tragicznie. Rzeki, to nic innego, jak ścieki kanalizacyjne z największym syfem świata – rzeką Pasig – na czele. A cała zatoka manilska, jest tak radioaktywna, że po wyjściu z wody wyrośnie wam trzecia noga, albo druga głowa. Filipińczyk zawsze pierdolnie śmieciem tam, gdzie stoi. Nigdy nie zabierze go ze sobą po pikniku, tylko pierdolnie na samym środku hałdę opakowań foliowych, albo plastikowych butelek. Mają na to totalnie wyjebane. Nawet po zapuszczeniu się w najgłębsze dżungle, albo na najbardziej odludne wysepki, zawsze nadzieje się na ślady po filipińskim balowaniu w postaci papierków po Boy Bawang i butelkach po C2. Kurwa!

  1. Bezpieczeństwo

I ostatni punkt, który wcale nie oznacza najmniej istotnego w całej liście. Sumując wszystkie chujowe doświadczenia, przez cały mój pobyt na Filipinach, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że shopping malle, to najbezpieczniejsze miejsca. Oczywiście zdarzy się jakiś przypał w postaci popierdolca z pistoletem strzelającego do wszystkiego co się rusza. Ale jest to skrajna rzadkość, exkluzywna w dodatku dla stolicy. Mi osobiście w SM City Pampanga nigdy się nic przykrego nie przytrafiło. Dlatego wracam tam co tydzień odpocząć i zrelaxować się w iście białasowym stylu.

A po całym dniu spacerku w temperaturze 18 stopni Celsjusza, zimnym piwku i pizzy przychodzi pora wracać do rzeczywistości. Strażnik w bramce żegna i drzwi się otwierają. A wtedy jebnie po ryju żar z piekranika. Po nozdrzach drapie smród spalin i kanalizacji. W drodze do parkingu opierdoli mnie banda żebraków. A przed samym autem poślizgnę się jeszcze na jakichś odpadach w piątej fazie rozkładu. Wtedy mysle sobie – Kurwa raj! Prawdziwy raj!

Tym miłym akcentem kończę kolejny wpis. Do nastepnego! Pozdro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: