White Skin Tax – najdroższy podatek świata

White skin tax, to jak sama nazwa wskazuje, podatek od bycia białasem i jest to kurwa notoryczny element życia na Filipinach. Najdroższy podatek z jakim się spotkałem, bo wynosi zazwyczaj aż 200%, a często więcej. Wkurwia mnie to i nie mogę tego zdzierżyć, nawet po tylu latach obcowania z tym na co dzień.

Pół biedy, jeśli jakaś babcia na straganie próbuje mnie oskubać, sprzedając tsinelas made In China za 1000 PHP. Czasem  nawet zdarzy mi się, że udaje nieobeznanego z cenami i przepłacam, pod warunkiem, że nie skórują mnie żywcem. Zwyczajnie szkoda mi tych babinek z Palengke (filipiński bazar, na którym można kupić wszystko i tanio). Siedzą tam w tym żarze i smrodzie za psi grosz. Tak, dobrze przeczytaliście – smrodzie. Ten, kto odwiedził kiedyś Palengke, ten wie jak tam kurwa jebie… Sztynk pochodzi z sekcji miesnej i rybnej, ale rozprzestrzenia się na cały bazar. Na Palengke wszystko jest świeże. Tak świeże, że jeszcze ruchliwe. Dziabają mięcho na miejscu i wszędzie płyną strugi krwi i innych płynów ustrojowych, które spłukuje czasem kierownik ze szlauchem. Kisi się to w tym gorącu, a na to wszystko srają muchy zwabione fetorem. Dlatego jeżeli chcecie robić zakupy na Palengke, to polecam do 5:00 rano. Im później przyjedziecie, tym więcej muszych jaj się nawpierdalacie. Mniam!

No ale odbiegłem od tematu, bo nie o tym chciałem mówić. Najbardziej wkurwia mnie, jak to nie babcia z laczkami mnie „opodatkowuje”, a Urząd Miasta, Policja, czy Szpital. To jest już według mnie przegięcie pałki. Moje historie z Municipalu już częściowo opisywałem w poprzednich wpisach. Zawsze wygląda to tak samo – opłata wzrasta o 200% w porównaniu z rokiem poprzednim. Musiałem zaprzestać odwiedzać urzędasów osobiście, bo jeszcze chwila, a życie na Filipinach byłoby dla mnie droższe niż w Europie. A nie po to stamtąd spierdalałem. Kontakt z Policją, to zazwyczaj kontrole drogowe, które ZAWSZE kończą się mandatem. Te kurwy za każdym razem coś na mnie znajdą. Czasem z mojej winy, bo mam wyjebane na pewne rzeczy. Jak na przykład number coding tablic rejestracyjnych, czyli zakaz poruszania się danym pojazdem w dany dzień tygodnia. Ichny kurwa odkrywczy sposób na radzenie sobie ze smogiem. Czasem też kuszę los jeżdżąc z rozjebaną lampą albo urwanym lusterkiem, chociaż rodaka nie zatrzymają, choćby jechał bez koła! Ale w grubej większości przypadków jest to zwykłe przypierdalanie się o nic. Pewnego razu, jak błądziłem po Metro Manili coś mi jebneło do głowy, żeby zapytać się pały o drogę. Patrzę stoją i kurwa polują – od kogo się dowiem dokąd jechać, jak nie od was mordy – pomyślałem. Zajeżdżam, odkręcam szybkę i pytam – Magandang hapon Kuya, saan ang… – a ten mi kurwa nawet dokończyć nie dał i z grubej rury – Tu nie wolno się zatrzymywać! Traffic Violation! – No kurwa… Rozumiem, gdybym na bezczelniaka zatrzymał się na zakazie. Wokół żadnego znaku, a zajechałem mu jeszcze pod same buty. Na nic zdały się moje tłumaczenia. Skończyło się jak zwykle wyłudzeniem łapówki. W przeciwnym razie zabierają prawko w zastaw i bym musiał zapierdalać spowrotem do tego smogowa w ciągu 3 tygodni z forsą w zębach. Pierdole. Dałem w łape psom i wypierdoliłem wkurwiony. A Szpital, to mój ulubiony przykład, jak ojebać białego na kasę, żeby się nawet nie zorientował. Posłuchajta!

Któregoś słonecznego dnia zachorowałem i zmuszony byłem poleżeć w szpitalu. Nic poważnego. Ot kurwa kolejna lekcja pod tytułem – jak miejscowy coś mówi, to nie polemizuj. Wybrałem się z rodzinką na piknik nad rzekę. Filipińczycy mają w zwyczaju spierdalać przed słońcem, jakby było radioaktywne. Popierdalają z parasolkami i nawet na najkrótsze dystanse biorą trajcykle, zamiast przejść się te sto metrów. Chcą być jak najbardziej biali. Mają na tym punkcie świra. Ale o tym napiszę następnym razem, bo jak zacznę pluć jadem, to zgubie wątek. Także wracając do pikniku. Cała rodzinka spierdoliła w cień, a ja, jak to białas, usiadłem sobie chwilkę zaczerpnąć słońca na kamieniu i sączę piwko wpatrując się w nurt krystalicznej wody. Słyszę, że teściowa już drze na mnie japę – Uj! Mainit! Not good! – Ja oczywiście głupek miałem wyjebane. Co tam babcia sra ogniem? – mrucze pod nosem – Nie lubi słońca, to niech se siedzi w krzakach. Na zimnym się nie siada, bo można oko przeziębić, tyle wiem z domu. Okazuje się, że na ciepłym też się nie siada kurwa… Na następny dzień gorączka, sraczka, rzygolinki, skręt kiszek i silne bóle mięśni i stawów. 34 stopnie w cieniu, a ja telepałem się jak osika z zimna. Od rana do nocy wizyty w kiblu. Za każdym razem, jak biegłem się wyrzygać, to nie zdążyłem, bo się zesrałem po drodze, albo na odwrót. No i zabrali mnie do szpitala. Poleżałem dwa dni i jak kurwa zobaczyłem rachunek, to się ponownie rozchorowałem. Dopiero w domu po analizie stwierdziłem, że kurwa tradycyjnie przepłaciłem! W filipińskim szpitalu jest taka zasada, że kasują za każde odwiedziny sztabu medycznego. Kasują za konsultacje, pobieranie krwi, nawet za zmierzenie ciśnienia. A ja się właśnie tak zastanawiałem, czy ja umieram, że mi mierzą co chwilę? Chujowo się wtedy czułem, więc nie zwracałem na to uwagi. A to zmierzyła temperaturę, a to jakimiś tabletkami przyszła mnie truć, a to sprawdziła, czy stolec był. Wszystko po sto razy na godzinę i odwiedzin się kurwa uzbierało. Połowa z nich tylko po to, żeby nabić kabzę oczywiście. Reasumując – dwa dni w obskurnym szpitalu kosztowały mnie więcej niż weekend w sanatorium rehabilitacyjnym.

Turyści rozpieścili kurwa filipińczyków, przez co miejscowi patrzą na białasów, jak na chodzące skarbonki bez dna. Wynika to z różnic kulturowych. Białas zapierdala cały rok i ciuka sobie na urlop, żeby przez dwa/trzy tygodnie w roku żyć pełnią życia i nie oglądać każdej złotówki na około zanim ją wyda. Filipińczyk z kolei nie zna słowa „osczędzać”. Jak ma 500 pesos na miesiąc, to wyda 500. Jak ma 5000, to wyda 5000, a jak ma 50.000, to wyda 50.000. Hulaj dusza piekła nie ma. Miejscowi mają w zwyczaju zapozyczać się na imprezy rodzinne, kiedy szambo wylewa się przez zlew. Dlatego nie rozumieją, że białas jest bogaczem tylko na urlopie. Jest to też wina OFW (Overseas Fiipino Workers), czyli ziomków pracujących za granicą. Miałem cały wpis poświęcony temu zagadnieniu, ale stwierdziłem, że nie ma co roztrząsać i wspomnę o tym tutaj. Filipińczyków podziwim kurwa za to, że potrafią żyć w rozłące z rodziną nawet przez lata, żeby zapewnić im dobrobyt. Ale wpadają przez to w pułapkę swojej rozrzutności. Jeden zapierdala na obczyźnie jak niewolnik, a drugi, który siedzi z dziećmi w domu rozpierdala wszystko i żyje ponad stan. Przysiegam, że nie znam tubylca, który potrafiłby skorzystać z tego błogosławieństwa, jakim jest mąż/żona za granicą i poprawić swoją sytuację. Zadłużają się kurwa na jakieś bzdety, gadżety, szmaty do tego stopnia, że druga połówka nie może już wrócić do domu, bo zapierdala na same odsetki. Daleko szukać nie muszę. Widzę po szwagrach. Ale to nie koniec niedorzecznej mentalności filipińskiej. Rodzice takiej pary, rodzeństwo, często nawet kuzynostwo roszczy sobie prawa do ich pieniędzy. A nie daj Bóg odmówisz „wsparcia finansowego”, to zostajesz okrzykniety przez rodzinę jako „kuripot” – sknera. Bardzo obraźliwe na Filipinach. Miejscowi gardzą kuripotami. Wżeniając się w filipińską rodzinę potrzeba w chuj czasu, żeby ich oduczyć tego głęboko zakorzenionego, komunistycznego myslenia. W przeciwnym razie, jak niestety większość białasów, zostajesz krową dojną połowy wioski. Do pewnego stopnia nie ma od tego ucieczki. To jest wpisane kurwa poniekąd w akt małżeństwa. Ale o takich głębokich relacjach rodzinnych jeszcze napisze przy kolejnej okazji.

Naciągactwo na Filipinach to temat wkurwiający niemiłosiernie.  Dziesięć razy się musze zastanowić, czy pokazywać w pewnych miejscach swój biały ryj, czy nie. Jak odbije się to na moje przyszłe transakcje i ile mogę na tym stracić. Jeśli miejscowi poznają was już trochę, to z czasem nie będą was doić na maxa, bo będzie im już trochę głupio. Dlatego moja wioska, to jedyne miejsce, gdzie czuję się w  miarę komfortowo odnośnie kupna/sprzedaży. Jak mawiał mój świętej pamięci dziadek – „wyżej dupy nie przeskoczysz”. Od tego nie ma ucieczki. Jak chcecie robić zakupy bez skin taxu, to polecam Supermarkety (a o nich w następnym wpisie!). Rada od Wkurwionego wujka na dziś – Nie siadaj kurwa na gorącym kamieniu! Do następnego! Pozdro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: