Budowlanka na Filipinach

Elo! Mój świętej pamięci dziadek był zajebistym budowlańcem. Potrafił zrobić wszystko sam. Znał się świetnie na murarce, elektryce, hydraulice i mechanice. Dekarz, tynkarz, stolarz i spawacz w jednym. Pracowałem z dziadkiem, jak jeszcze miałem mleko pod nosem. Kładłem z nim instalację elektryczną od podstaw. Budowałem centralne ogrzewanie. Wymieniałem dach. Restaurowałem stodołę. I robiłem z nim setki robót wykończeniowych od podłogi, po sufit. I przez te wszystkie lata, aż do samej jego śmierci naumiałem się, jak się trzyma młotek. Dlatego kiedy widzę, jak na Fili budują, to tak rozpierdala mnie od wewnątrz, że aż mną telepie. Jak można kurwa odpierdalać taką manianę?! Oto moja przygoda z budowlanką na Filipinach.

Zanim przeniesiemy się do mnie na wioskę, to kilka słów o większych projektach. Po pierwsze na Filipinach wszystko kurwa wiecznie jest „under construction”. Przejeżdżam przez Manilę i widzę rosnące drapacze chmur. Prężnie się rozwija stolica – pomyślicie. Tylko za rok, dwa, pięć przejeżdżam w tym samym miejscu i nic się kurwa nie zmienia. Nie ma żadnych postępów. Wynika to z tego, że na Fili nie ma obowiązku zakończenia projektu, po jego rozpoczęciu. Często inwestor wypłuka się z kasy i sprzedaje częściowo wykonany projekt innemu inwestorowi. Na Filipinach takie tranzakcje trwają latami. Bardzo łatwo tu kupić projekt, nieruchomość, albo ziemię. Ale sprzedaje się to potem wieczność. Good inbestment sir! Good inbestment! – każdy naganiacz ci tak będzie pierdolił. Mój znajomy białas kupił własnie taki „inbestment”. Domek na zadupiu. Wystawił go na sprzedaż 6 lat temu. Wczoraj się go pytałem, czy już ktoś dzwonił z ogłoszenia. Mówi, że ciągle czeka. Na Fili jak rozpierdolą jakąś drogę, albo most (najczęściej tuż przed wyborami), to przygotujcie się, że będzie w tym stanie do nastepnych wyborów. Przez ostatnie 10 lat rosną też, jak grzyby po deszczu te ich spierdolone subdivisions. Wielcy inwestorzy kupują hektary ziemi i budują na tym osiedla mieszkalne. Półdomki z kart na 80 metrach kwadratowych. Wszystko tanim kosztem materiałowym z chujowym wykonaniem. A potem sprzedają te popeliny, którym zaczynają pękać ściany nośne, jak tylko pierdniesz głośniej. Stylem domy na Fili przypominają bardzo hiszpańskie hacjendy, z tym że nic tam nie ma w dewnie, a sam żelbeton. Raz to nawet byłem w szoku odwiedzając jeden z okolicznych resortów. Ja pierdole dom z bali! – o mało się nie posrałem. Ale po bliższej inspekcji okazało się, że to bardzo wprawnie wyrzeźbiony żelbeton. Nowoczesna filipińska architektura jest dla niektórych szpetna, ale ja powiem szczerze, że mi się to podoba nawet. Ma tylko jeden poważny problem. Żywotność takiego domu jest krótka. Jak już wspominałem budują tu w żelbetonie. Betonowe ramy, w które wtopione są stalowe pręty. Nie musze mówić, co się dzieje z taką konstrukcją w wilgotnym klimacie podzwrotnikowym? Stal się utlenia, puchnie i rozkurwia beton od środka. A wtedy już święty Boże nie pomoże. Dlatego filipińskie domy to chujowy „inbestment”. Na trzy, cztery dekady góra i demoliszyn.

Matadory przez 300 lat swojej okupancji odcisnęli piętno również w architekturze, hiszpańskie akcenty w filipińskim budownictwie widać wszędzie. W każdym miasteczku jest „Plaza”, czyli plac i czasem kawałek zielonego, najczęściej przed Urzędem Miasta. Z czasów kolonialnych zachował się nawet brak chodników kurwa. W miejscowościach, których japońce nie zdążyły doszczętnie rozjebać stoją do dziś jeszcze oryginalne, kolonialne budynki. Jak checie zobaczyć, jak wyglądały Filipiny w XIX wieku, to polecam Vigan w La Union. Kiedyś naskrobię wpis o czasach kolonialnych i jak potężny wpływ miały na ukształtowanie Filipin.

Wróćmy teraz do mnie na wiosckę. Tu architektura wyglada trochę inaczej. Tu architekturę kształtuje bida. Każdą dziurę zatyka się czym się da. Zardzewiałą blachą falistą, kawałkiem spróchniałej deski, czy plakatem z zeszłorocznych wyborów z ryjem jakiegoś wazeliniarza. Ludzie mieszkają tu sobie dosłownie na głowie.  Wychowałem się w wiosce w Polsce, która łącznie z okolicznymi koloniami liczyła 1200 mieszkańców. Filipińska wioska o tej samej powierzchni liczy 35! 35.000 kurwa, dajecie wiarę?! W tym labiryncie mieszkanek naprawdę odpierdalają takie samowolki budowlane, których nikt nie kontroluje, że szczena opada. Dowodem na to kolejna historyja.

Któregoś słonecznego dnia, razem ze szwagrem zabraliśmy się za projekt zbudowania dla niego sracza. 30 lat, to już kurwa trochę za długo, żeby ze szczochem latać w pobliskie krzaki, a z kupskiem do teściowej. Narzędzi w sumie żadnych. Młotek, parę śrubokrętów, zardzewiała piła i połamany szpadel. Bedzie – myślę. Wymurowanie kilku ścianek wraz z pierdolnięciem daszka z falistej blachy i dokopaniem się do szamba poszło gładko. Przygoda zaczęła się przy instalacji, że tak powiem pożal się boże „second fix” (w budowlance termin określający wykończeniówkę). Prosta sprawa. Trzeba było przebić się przez ścianę w kuchni, gdzie była puszka i puścić kabel do dobudowanej klity. Mówię szwagrowi, żeby dał mi znać, jak wyłączy główne zasilanie. Ok Lang! – krzyknął – Cyknąłem światłem, prundu ni ma, to biorę śrubokręt (w sumie koło śrubokręta, to to nawet nie leżało) i zabieram się za podłączanie kabli. A tu jak mnie nie pierdolnie, aż zaświeciłem, jak choinka. Jeszcze bosymi stopami na gównolicie, to możecie sobie wyobrazić, jakiego bredgensa tam zatańczyłem. Krzyczę mu – Kuya! Przecież to kurwa dalej pod napięciem jest! – A szwagier na to – Aj sorry Brother… zapomniałem, że do kuchni prąd ciągnę od teściowej. – Bez komentarza kurwa…

Ale z tego wszystkiego, budowlanka na Filipinach boli najbardziej, jeśli dotyczy waszego własnego domu. Punkt pierwszy, podstawowy – nie dać się ojebać. Filipińczycy, jak zobaczą tylko wasz biały ryj, to tak będą kombinować, żeby was wydoić z co najmniej dwukrotną przebitką. Jak znajdziecie sposób na „white skin tax”, to dajcie znać, bo ja przez 10 lat nie znalazłem. Po prostu spierdalam przed tymi hienami. Wysyłam do boju mojego małego prawnika w osobie żony. Dopiero, jak cena jest uzgodniona, splunięta i przyklepana, to wynurzam się zza zaułka z moją białą gębą i finalizuje transakcję. Nie żartuje. Po raz ostatni załatwiałem sprawy finansowe osobiście w 2012 roku, kiedy płaciłem w Municipalu (urzędzie miasta) podatek od gruntu. W poprzednim roku wynosił 750 PHP. W tym roku babinka z okinka zawołała 800 PHP. Ale czekaj kurwa! Coś się dzieje. Patrze, lezie typ do baby i coś zaczął jej pierdolić. Pokiwali razem głowami i zawołali trzeciego chuja do pomocy. I jak już kurwa wszyscy się dogadali, to skasowali mnie 2800 PHP!!! I od tamtej pory powiedziałem sobie – pierdole! Jak się rozbija o kase na Fili, to ja nic nie wim, nie umim, nie rozumim. Punkt drugi – architekt i ekipa budowlana. Ten pierwszy jest PO CHUJU drogi i tak naprawdę zbędny. Dobra ekipa budowlana odpierdoli wam chate z waszych własnoręcznie nabazgranych kulfonów. Architekt ma jedynie za zadanie oszacować koszt budowy, a co za tym idzie wartość nieruchomości, żeby was potem odpowiednio kasowali z podatku. Ekipę budowlaną natomiast zatrudniajcie tylko ze sprawdzonych projektów. W żadnym razie „Zdzisio i Brat” z Wypiździewic kurwa. Jak macie znajomych, których chata wam się podoba, to poproście o kontakt do ich ekipy. Spierdolona ekipa nie dość, że odpierdoli wam kaszane, którą będziecie musieli po nich poprawiać, to jeszcze ojebią was na materiałach, a to dopiero będzie bieda. Chata z lipnych materiałów bardzo szybko wam się posypie. I chyba kurwa nie muszę wam mówić, co znaczy „lipny” w filipińskich standardach. Znajoma małżonki wynajeła taką firme chuja. Dom kosztował ich nie bagatela 4 mln PHP. Zrobili ich w chuja na materiałach i po kilku miesiącach chata zaczęła siadać. Pozamiatane… I idealny moment na ostatni punkt tego wkurwionego poradnika – materiały i budowa. Zawsze szukajcie materiałów sami i nie dajcie się wciągnąć w żadne kurwa układy typu „wszystko w jednym”. To by im pasowało, bo kupią syf i do tego będą robić systemem podobnym, jak w Polsce za komuny – kilkogram cementu na 20 kilogramów piachu. I patrzcie ciągle typkom na ręce. Najlepiej, jakbyście jeszcze mieli zielone pojęcie o budowlance. Jak już umawiacie sie na cene, to tylko „fixed price”. Żadne stawki od dupogodziny, bo będą sie pierdolić, jak muchy w smole. Budowa ma zajać 3 miechy i ani dnia dlużej. Najlepszy okres, to styczeń – kwiecień, ewentualnie maj, bo w reszte roku albo leje, albo pizga tajfunami.

Koszt domu, to wydatek rzedu  1.000.000 PHP do 1.500.000 PHP za 100 metrów kwadratowych typu bungalow. 2.500.000 PHP do 3.000.000 PHP za piętrowy. Cena bez gruntu, bez uzbojenia. Oczywiście mozna ją zniwelować różnymi obejściami systemu. Na przykład mieć znajomego architekta, który jebnie wam podpis do urzędu bez konieczności bulenia za drogi szkic projektu. Jak bedziecie chcieli, to naskrobie kiedyś więcej, bo tu dochodzi temat kupna ziemi, co jest też bardzo wkurwiające na Filipinach. Temat rzeka… Nie mam dla was dzisiaj żadnej mądrej rady. Mogę wam życzyć tylko powodzenia przy ewentualnym projekcie. Do następnego! Pozdro!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: