Jeepney & Owner – jazda po Filipinach

Elo! Wkurwiający temat na dziś, to rodzime pojazdy – Jeepneye i Ownery. Jestem wielkim fanem motoryzacji. Już jako mały gówniak podprowadzałem dziadkowi malucha, żeby popierdalać bączki po pastwisku. Mojego pierwszego własnego woza – Fiata Pandę jedynkę 750 – potrafiłem całe ferie zimowe remontować razem z ojcem, żeby potem złożyć ją na zakręcie. Dachowałem Fiatem Tipo. Citroenem BX wyjebałem telemarkiem do rowu (wtedy akurat przez sarne). Taki kurwa byłem gagatek. Ale dzięki temu, że rozpierdalałem auta w trybie expresowym, to więcej czasu spędzałem na dłubaniu w nich. Mechanikę ogarniam, bo mnie najzwyczajniej fascynuje. Ale patrząc na te filipińskie klekoty jebane, nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. One nie zasługują nawet na miano „samochodu”.

Napewno widzieliście te kolorowe, poobklejane, jeepopodobne środki publicznego transportu na Fili. Tak jest! To są własnie Jeepneye (Ownery to poprostu ich osobowe wersje). Turyści się nad nimi spuszczają z zachwytu, jakie to kolorowe, zajebiste, unikalne pojazdy, które stały się dzięki temu ikoną Filipin. Mnie one wkurwiają! Już tłumacze dlaczego. Historia Jeepneyów sięga drugiej Wojny Światowej, kiedy to amerykańce walcząc ramię w ramię z filipińcami przeciw japońcom, pozostawili po sobie wojskowe Jeepy Wranglery. Z braku laku Filipińczycy po wojnie zaczęli ich używać do swoich potrzeb komunikacyjnych, ale z czasem tak im się spodobały, że sami zaczęli produkować ich podróbki. Ten, kto siedzi troche w motoryzacji wie, że Jeep, to nie jest jakaś niezawodna, zajebista marka, a co dopiero kopia z kraju trzeciego świata. Ceny nówki sztuki, spod igły wahają się w granicach od 100.000 PHP (za Ownera), do nawet 500.000 (za Jeepneya) w zalezności od modelu. (używek radzę nie kupować, jeśli wam życie miłe). Nie jest to jakaś wygórowana cena. Ośmiele się nawet stwierdzić, że bardzo przystępna. Ale niską cenę tłumaczy zjebane wykonanie. Silniki to najczęściej dieslowskie importy z Chin, które od nowości wpierdalają 10 litrów oleju na 100 kilometrów. Buda jest wykonana z samych elementów stalowych, ponitowanych do kupy. Po paru tysiacach kilometrów po filipińskich drogach, nity puszczają i blachy napierdalają tak głosno, że uszy puchną. Do tego rzęch waży trochę i jest pazerny na ropę. Technologia podwozia zaczerpnieta z XVIII wiecznych furmanek sprawia, że rozpędzieć się tym pojazdem do 120km/h możemy tylko raz w życiu. Dodać, ze zbiera się to, jak carabao w polu ryżowym. Finezja wykończenia wnętrza przypomina ciągnik Ursus z lat 80-tych. I podobnie jest z komfortem z resztą. Jazda tym pojazdem jest tak fascynująca, jak dłubanie w nosie niedzielnym popołudniem. Minimalistyczne wykonanie, w którym nic się dupy nie trzyma. Założeniem Jeepa, czyli samochodu terenowego, było to, żeby kurwa móc nim jeździć po wertepach. A we wszystkich Ownerach podwozie jest tak nisko osadzone, że drapiesz dupą po każdym progu spowalniającym. Muszę wspominać o bezpieczeństwie? Brak okien, pasów i jakichkolwiek miękkich elementów wnętrza. Poduszka powietrzna to marzenie. Także przy najmniejszej kolizji te wszystkie ostre blachy ćwiartują pasażerów, jak jajcarnia. Widziałem nie raz rozkwaszonego Jeepneya w akcji. A na Filipinach, to obrazek dość częsty, bo wszyscy jeżdżą tu kurwa jakby mieli życzenie śmierci. Pierdylion pasażerów w pojazdach, po cztery, pięć osób na jednym skuterze, bez kasków oczywiście i z niemowlakami na baku, albo kierownicy. Na przełaj, pod prąd, na trzeciego byle do przodu kurwa.

Na Fili nie ma czegoś takiego, jak przegląd techniczny pojazdu. Jeździ, dopóki sie nie rozpierdoli. Stan tych aut jest kurwa OPŁAKANY! Któregos słonecznego dnia potrzebowałem większej fury do przewiezienia grubszego towaru. Już nie pamiętam co to było. Chyba kilkanaście worków z ryżem, prosiak i cośtam jeszcze… chuj z tym! W każdym razie wieksza bryka, którą mogłem wycyganić bez żadnych kosztów, to Jeepney somsiada. Jest w posiadaniu takiego własnie kolorowego rzęcha i kursuje codziennie między miejscowosciami Zadupie, a Wypizdowo. Na Filipinach nie ma problemu z takimi przysługami i za pięć minut miałem już kluczyki, gotowy do jazdy. Odpalam maszynę i po dłuższym chechłaniu rzęch zagadał. Na wolnych obrotach nie byłem w stanie usłyszeć własnych myśli, bo wszystkie blachy napierdalały od wibracji. Do tego dziurawy, jak sito wydech dodawał całemu temu łomotowi takiego pierdolnięcia, że truposz brzmiał, jak zdezelowana PGRowska sieczkarnia. Pierwszy bieg oczywiście spierdolony, więc ruszam z dwójki. Dobra, jade! Prędkościomierz dalej wskazuje 0 km/h. Znakiem tego, to nie ja jade, tylko świat ode mnie spierdala, bo już nie może słuchać tego barabanu. Deptam na hamulec – wszedł w podłogę, jak gorący nóż w masło. Deptam drugi raz i ta sama historia. Skrzyżowanie co raz bliżej. Strach w oczach, kupa w majtach. Deptam trzeci raz i… hamuje! W sumie „hamuje” to za duzo powiedziane. Prędzej „zwalnia wydając przeraźliwe piski”. Ja jebie… Klocków zero, a powietrza w układzie hamowania więcej niż w bebechach po grochówce. Kierownicą trzeba kontrować na prawie ćwierć obrotu, takie ma luzy. Zawieszenia nie ma wogóle. Czuje w dupie każdą nierówność nawierzchni. Istna trumna na kółkach. I on tym kurwa pasażerów wozi…

Jak już jesteśmy w temacie samochodów, to wspomnę o ruchu drogowym na Fili. I juz na samą myśl się we mnie gotuje. Znaków drogowych mogłoby wogóle nie być. Po pierwsze każdy ma i tak na nie wyjebane. Po drugie takie ograniczenie prędkości na przykład, to po chuj? Spróbuj pojechać trochę szybciej po lokalnych drogach to zaliczysz dach. Drogach… Dziurach, pomiędzy którymi kurwa jest czasem trochę asfaltu. A jak mieszkasz akurat w środkowym Luzonie i masz dostep do „hajłejów”, które są w miarę przyzwoite, to nie zdążysz się nawet rozpędzić, bo co dwa kilometry tollgate… Nauczyłem się, że na Filipinach panuje tylko JEDNA zasada ruchu drogowego. A brzmi: „Jesli sądzisz, że ten kierowca zdąży wyhamować, to jedź”. W przeciwnym razie albo nigdzie nie pojedziesz, albo się zaraz z kimś zderzysz. Bo mi wymusił – powiecie. Na Filipinach nie ma „wymusił”. Poprostu wyjechał, a ty nie zdążyłeś wyhamować. Jazda po pijaku, to paktyka normalna i bardzo rozpowszechniona. Bylebyś tylko w nikogo nie wyjebał – mówi szwagier. A jak wyjebiesz? – pytam. Lepiej nie wyjeb – odpowiedział. Filipińska kurwa filozofia… Ubezpieczenie pojazdu, to zaledwie parę groszy rocznie i pokrywa ono tylko jedną szkodę. Szkodę utraty życia i zrowia podczas kolizji. Jeżeli pierdolniesz się z kimś i ucierpią tylko wozy, to już problem kierowców, żeby się dogadali. Najczęściej tak się dogadują, że o mało sobie nie zajebią nawzajem. It’s more fun in the Philippines kurwa!

Kto im wszystkim dał prawko? – zapytacie. Zazwyczaj na wiosce każdy popierdala bez. Ale tak wygladała moja wizyta w urzędzie komunikacji na Fili:

– Dzień dobry. Prawko filipińskie chcę sobie wyrobić.

– A na co?

– Na samochód i motocykl.

– 1800 PHP. Miedzynarodowe Prawo Jazdy proszę.

– A nie mam. Zgubiłem.

– To bedzie dodatkowe 3000 PHP. Razem 4800 PHP.

– Ok.

Zapłaciłem 1800, reszte pod stołem, dałem dwa zdjecia i nastepnego dnia odebrałem prawko, booyah! Jakie lekcje? Jaki test? A potem wybebeszeni kierowcy, co drugi zakret. It’s more fun in the Philippines! Jeździć motorem na Filipinach NIE POLECAM. Wiem, że to fajnie, wiatr we włosach i wogóle high life. Jeden słynny rodak bloger o mało nie stracił ręki w wypadku na motorze, a drugi rodak vloger, nogi. Wymieniać dalej? Oczy w dupie i naokoło głowy, bo jazda na Filipinach, to tra-ge-dy-ja.

A wracając do tematu uroczych Jeepneyów, to odradzam również, jako środek transportu publicznego. Tanio, bo tanio, ale będziecie się podczas jazdy czuli, jak prosiaki wiezione na ubój. Spoceni, ściśnięci w skwarze, zgarbieni. Jeepneye nie mają okien ani drzwi, więc przez całą podróż towarzyszył wam będzie smród spalin. A jak już zajedziecie na miejsce z bólem głowy i kręgosłupa, to zorientujecie się, że ktoś zajebał wam portfel! Także Wkurwiony wujek radzi – Omijać szerokim łukiem te padliny. Selfika z Jeepneyem na fejsa i kierunek w stronę postoju taxi. Pozdro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: