Iglesia Ni Cristo, czyli jak podpierdolić Bogu plan

Witam! Atmosfera świąteczna, to popierdole trochę o religii made in the Philippines – Iglesia ni Cristo. Kościół Chrystusowy, tłumacząc na nasze. Wkurwia mnie ta sekta niemiłosiernie, oj wkurwia mnie… Na początek trochę skondensowanej historii. Ponad sto lat temu, jakiś bidul z zadupia Manili o imieniu Felix Manalo zaczął studiować zawzięcie Biblie. Studiował, studiował i tak się nią kurwa zachłysnął, iż stwierdził, że Kościól Katolicki robi wszystko źle, to nie tak nauczał Chrystus i trzeba to pozmieniać. Warto wspomnieć, że to konkwista hiszpańska zakorzeniła w XVI wieku, religię Rzymsko-Katolicką na Filipinach. Ale, że filipińczycy lubią robić rzeczy po swojemu, to Menelo przereformował ją z deczka. I tak w 1914 roku podpierdalając pomysł Bogu założył Iglesia Ni Cristo.

Czym nauki INC różnią się od nauk Kościoła Rzymsko-Katolickiego? Ano kurwa niczym (Menelo ma tuptet). Do tego wszystkiego dojebał tylko przepowiednie, żeby wyczekiwać zbawiciela, który objawi się nam w postaci Filipińczyka. No miszcz kurwa… Prawdziwy miszcz… Przez te sto lat INC urósł naprawdę na Fili w siłę. Na każdym rogu stoi ten ich żelbetonowy, pseudogotycki gmach. Kościół ten jest bogaty w chuj i głęboko zakorzeniony w polityce. Od stu lat prowadzony przez nasienie Manalo, także w rodzinie nic nie ginie. INC zamieszany jest jakieś kurwa świństwa, mordy, porwania, korupcję. Niczym mafia. Ot kurwa wszystko czego Jezus nauczał. Na sto kilometrów jebie tu hipokryzją i niczym innym, jak żądzą władzy. Iglesia Ni Cristo funkcjonuje wedle ściśle ustalonych 27 doktryn, a każdy, kto je złamie zostaje wyjebany ze społeczności. A w najgorszym wypadku wysłany do krainy wiecznych łowów. Tu już może trochę spekuluje, bo nie widziałem na własne oczy takich akcji, ale to są Filipiny. Tu uwierzę we wszystko. A oto kilka interesujących „przykazań kościelnych”:

  1. Obowiązkowe składki na Kościół. Każda rodzina musi uiścić kwotę w wysokości zależnej od liczby członków danej rodziny. Ale, żeby było ciekawiej kurwa, to lista myta jest wywieszona przy wejściu do każdej „świątyni”. Żeby było jasne dla wszystkich kto jest sknera i komu wpierdol się nalezy.
  2. Lista Obecności. Nie żartuje. Przy wejściu na dzień dobry wita nas „kapłan” (?) z notesikiem. Podpis głowy rodziny wystarczy. Jeżeli rodzina wyczerpie limit nieobecności zostaje wyjebana ze społeczności. A szansa na wieczne potepienie jest wysoka, bo obowiązkowe msze odbywają się nie raz, a dwa razy w tygodniu.
  3. Wyznawcy Iglesia Ni Cristo mają zakaz spożywania alkoholu. Pamiętam podczas wieczoru przy piwku ze znajomymi jeden z Iglezjańczyków (tak ich będę nazywał od teraz) był cały zesrany, jak ktoś z ekipy wyciągnął telefon. No selfi! – jeczał – bo jeśli zdjęcie z imprezy wycieknie na fejsa, to zostaje wyjebany ze społeczności, wierdol od żony, kosa w plecy od pobratymca i pozamiatane.

Jak pisałem wcześniej Iglesia Ni Cristo grzebie mackami w polityce. Wielu możnych tego kraju to właśnie Iglezjańczycy. W tym systemie pięknie rączka, rączkę myje. Wciskają swoich najwyżej jak się da i piorą takie brudy, że się wam nawet nie śniło. A rzesze maluczkich zapierdalają dla nich co tydzień z datkiem w zębach. Jak u mnie na wiosce w wyborach startuje jakiś Iglezjańczyk, to z góry wiadomo, że reszta lokalnych Iglezjańczyków na bank stanie za nim murem. Żaden się nie wychyli i zawsze zagłosuje na tego, kogo wskarze kierownik z ambony.

Któregoś słonecznego dnia mój ziomek, nazwijmy go Eric, zaprasza mnie na mszę Iglezjańczyków. Nie no Brachu – mówię mu – jak będę chciał iść do cyrku, to poczekam lepiej na objazdowy. Chodź, chodź! – nalegał – poznasz moich krewnych i znajomych. Dobra kurwa – z grzeczności poszedłem. I co tam się odpierdalało?! Docelowa „świątynia” obok której przejeżdzałem setki razy znajdowała się niedaleko mojej wioski. Pierwszy raz miałem tę wątpliwą przyjemność oglądać ją wewnątrz. No i kurwa przyznać musze bogato, nie ma co. Przypomina bardziej salę wykladową, niż świątynię, ale wynika to z tego, że podobnie do Jehowców nie wierzą w obrazki. Iglezjańczycy nie mają kleru, więc w drzwiach serdecznie przywitał mnie odziany w garniak typcio. Po bzdetnym small talku zaprowadził nas na salę. Panowie na lewo, Panie na prawo, a dzieci do dźwiękoszczelnej klatki i zaczynamy imprezę. Występ chóralny – ładnie. Nabożeństwo, czytanie, modlitwy – Jest ok – myśle sobie. Ale prawdziwy hardkor nadszedł dopiero przy kazaniu. Gościu w garniaku wszedł na ambone i po dwóch zdaniach się kurwa rozpłakał… Łkał jak dziecko – Porgibas Pader… Porgibas Pader… – Bardziej obczajeni w temacie wiedzą, że w alfabecie Tagalog nie ma liter „f”, ani „v”, ani „j” z resztą też i kilku innych. Zamiast „f” filipińczycy wymawiają „p”, a zamiast „v” – „b” i wychodzi „Porgibas”, zamiast „Forgive Us”. (Wkurwiony bawi i óczy). Wracając do imprezy – rozglądam się naokoło i ku mojemu zdziwieniu wszyscy łkają pod nosem. Kobity po prawej zaczynają się zanosić, a facety obok mnie się zapowietrzają. Przyznam, że wybiło mnie to trochę z rytmu. Gościu przy ambonie dalej napierdala o tym jakimi to jesteśmy grzesznikami i błaga o wybaczenie, a reszta tonie we łzach. O co kurwa kaman..? – zerkam z niedowierzaniem na Erica. Ten podniósł głowę, wzruszył ramionami dając mi wymowne spojrzenie i wrócił do swojego popisu aktorskiego. Po imprezie zaproszenie na poczęstowanko i posuwanie pierdół, podczas których kurwa dałem się jeszcze namówić na pół-godzinne studiowanie Biblii… Nie chcieli mnie wypuścić chyba dopóki nie sprzedałbym duszy diabłu. Ale wyszedłem obronną ręką kłaniając się grzecznie w pas i wypierdalając stamtąd niczym Pędziwiatr. Znacie te ich Bible Study..? Pranie mózgu kurwa. Kiedyś miałem kumpla jehowca, co ciągał mnie na te swoje zloty. Jehowce też mają taką manierę, że wyciągają Biblię i kurwa napierdalają po kawałku wersa, żeby ci udowodnić, że wszystkie religie świata, poza nimi, to zło. A kontekst tych czytań oczywiście rodem z „Nic śmiesznego”. „Oczom jego ukazał się las”. Tylko kurwa z drugiej kartki już nie doczyta.

Filipińczycy nawet do swojej religii muszą dopierdolić przesadnej dramaturgii. Rozumiem, że jest to jakiś ich sposób na oczyszczenie duszy po całym tygodniu grzeszenia. Szkoda tylko kurwa, że rodem z telewizyjnych taśmociągów (o filipińskiej kinematografii naskrobie kiedyś osobny wpis, bo to też wkurwiający temat). Iglesia Ni Cristo uważa się za tą jedyną prawdziwną, naprawdziwszą religię świata (jak każda z resztą) i niby jest to Kościół międzynarodowy z placówkami w Hameryce, Afryce i Europie, ale kurwa nie oszukujmy się… To są społeczności OFW (Overseas Filipino Workers), czyli filipińskich imigrantów albo ich potomków. Także Wkurwiony wujek radzi – chcesz pierdolnąć kalke istniejącej religii, zbijając na tym fortunę i podporządkowując sobie tabuny wiernych? Emigruj na Filipiny ziom! Do następnego! Pozdro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: